Świat na głowie postawiony.

Wpis

wtorek, 29 maja 2012

Lato w pełni

 

   20 maja. Wiosna przyszła tak nagle, że jeszcze do tej pory nie mogę dojść z nią do ładu. Do czego to podobne, żeby jednego dnia rano było 5 stopni na plusie, i trzeba zakładać kozaki, żeby nie rozłożyć się teraz, kiedy całą jesień i zimę przeszłam bez szwanku. A następnego robi się 28 stopni i pot zalewa oczy.

   Tak czy siak wyczekana wiosna wreszcie wpadła i od razu została przegoniona przez lato. Dobrze jej tak, mogła się nie szlajać na obczyźnie.

     Przez rozum w ten piękny letni dzień kopnęliśmy się z Moim do Łazienek. Blisko i ładnie, co sobie żałować? Najpierw oczywiście ból, bo nie ma gdzie stanąć. Największy park w Warszawie praktycznie nie ma ani  jednego miejsca do zaparkowania, bo Agrykola schodząca w dół do parku jest dla zwykłych obywateli zakazana, a uliczka idąca górą do Zamku Ujazdowskiego obwieszona jest tablicami z zakazem postoju pod karą śmierci, albo wywózki. Może niektórzy pamiętają, że mnie niedawno wywieźli, więc nie jestem taka skora wyzywać losu i sprawdzać, co oni mi mogą... Oczywiście główna ulica przylegająca do Parku też jest cała ogrodzona, więc mowy nie ma, żeby stanąć.

       No dobrze, jakoś zaparkowaliśmy. W Łazienkach cudnie, czysto, kwitnąco, że serce rośnie. Aleja Chińska w remoncie, ale już widać postępy. W każdym razie wbite cieniutkie żerdzie po bokach deptaka są, to chyba na lampiony. Nie wiem, skąd pomysł na Chińską Aleję, ale widocznie jest to historycznie uzasadnione. Za leniwa byłam, żeby to sprawdzić, zresztą, napisane coś było ale po chińsku. No dobra, po polsku też było, ale nie wzięłam okularów.

    A potem już tylko zieleń i kwitnące bajecznie azalie. Zwierzyna tylko z tego upału chyba całkiem zgłupiała. Zaczęło się od tego, że zniknęły wiewiórki. O ile w zimie było ich zatrzęsienie, a zachowywały się wtedy tak, jakby chciały spuścić łomot wszystkim którzy przyszli bez orzeszków, tak teraz pusto. Chyba wzięły wolne. A może organizator tej zbiorowej żebraniny zabrał je do domu, jak to się robi z żebrzącymi Rumunkami. Przyłapaliśmy tylko jedną, i to jakąś malutką. Może zapomnieli o niej, może im uciekła... Czegoś brakowało w każdym razie.

    Wiało bardzo, więc trochę jej uszka wygło:))

   Poszliśmy dalej, a tam pawie. Ale nie żeby siedziały w trawie, tylko coś im chyba odbiło z gorąca i zaczęły fruwać. Najpierw jeden przepięknie pozował do zdjęć na posągu, a potem mu się znudziło, więc ODLECIAŁ na pobliskie drzewo. Zasiadł na gałęzi i tak zastygł. Korpus po jednej stronie, ogon po drugiej. Małżonek zaczął się martwić, jak on teraz zlezie, żeby sobie tego ogona z d... nie wyrwać, ale nie doczekaliśmy. Ruszyliśmy dalej, a tam nad wodą... sam ogon zwisa. Następny! Co się porobiło...

   

    A na koniec zamiast zwykłych, tradycyjnych kaczek spotkaliśmy całe stadko mandarynek. W słońcu aż kłuły w oczy tym pomarańczowym kuprem. Ciekawe, czy jedzą to co inne kaczki, w każdym razie nie wyglądały na zbyt zainteresowane jedzeniem rzucanym do stawu. 


     

Ech..., lato w pełni.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
helenarotwand
Czas publikacji:
wtorek, 29 maja 2012 11:19

Polecane wpisy

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę