Świat na głowie postawiony.

Wpis

sobota, 10 września 2016

Strach przed lataniem? No, proszę Was...

 


   Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze mój kark wytrzymywał wielogodzinne podchodzenie pod ścianę, a zwłaszcza powrót do wylotu doliny w Tatrach, zamarzyło mi się polecieć na paralotni.

   Będąc szczęściarą z urodzenia, trafiłam od razu na najlepszego lotnika na Podhalu, którego TVN i inne stacje wykorzystują do swoich programów ekstremalnych. Wtedy wspinaliśmy się pieszo na Przełęcz między Kopami, a potem Bóg zesłał odpowiedni wiatr i po półgodzinnym kołowaniu nad smrekami mogłam sfrunąć do podnóża jako ten Archanioł Gabriel, budząc szczerą zazdrość wśród gapiów. Oni musieli dygać na nogach te 1,5 godz. w dół.

   Obecna pogoda w Dolomitach dała nam okazję do tylu wspinaczek, że któregoś dnia zapragnęłam spróbować czegoś innego. W Corvarze, niemal pod naszym nosem, działało biuro organizujące loty w tandemie. Zapisałam się na południe, jednak po przybyciu okazało się, że wszystkie loty są odwołane, bo przyszedł zły wiatr od zachodu. 
   Następne dwa dni były straszliwie wietrzne, więc trzeba było czekać.
Wreszcie trzeciego dnia się udało.

   Przydzielono mi młodego przystojniaka Roberto, z którym wjechałam niemiłosiernie długimi krzesłami na stację Valon (ok.2200 m). Tam na kamienistym zboczu rozłożono płachtę, żeby nie wybić sobie zębów o podłoże. Wszak żeby polecieć, najpierw trzeba trochę pobiegać.

   Otrzymałam kombinezon, grube rękawice, oraz kask. Kombinezon był uniwersalny, wcześniej latała w nim pani na oko jakieś 30 kg cięższa, oraz pan o 30 cm wyższy. Po zapięciu wszystkich suwaków i klamer wyglądałam jak Barba Papa. Ale fakt, było w nim ciepło, bo tam na górze można zamarznąć nawet kiedy na dole jest 30 stopni.

Tu proces ubierania, które jest zawsze przedmiotem niewybrednych żarcików.:

 

C:\fakepath\DSCF4033a.jpg

 

   Teraz musieliśmy jeszcze poczekać na dobry wiatr. Jak mówił mój lotnik z Tatr - "latanie polega na czekaniu". 
Na szczęście tym razem wystarczyło 10 minut i padło hasło: Teraz.

   Przyznaję, że trochę spanikowałam. Przed nami był stromy stok, max. 40 metrów w dół, potem wypłaszczenie i płot.
Gdybyśmy nie zdążyli się wzbić w powietrze, wylądowalibyśmy na płocie.
   W dodatku dostałam jeszcze do ręki kamerę na długim kiju, co stanowiło dodatkowy czynnik stresujący. Bałam się, że wszystko mi się dokumentnie popieprzy.

 

C:\fakepath\DSCF4043.jpg

  Ale nie było źle. Nie wiem jak, ale nagle znaleźliśmy się w powietrzu. Roberto zabrał ode mnie ciężką kamerę, dalej już sam kręcił filmik i robił zdjęcia z boku, z góry i z dołu.
    Pomysł genialny, bo mając nawet sztab kamerzystów przy starcie i lądowaniu, tego co najlepsze nie udałoby się uwiecznić.
   A było bajecznie… Pod nami turkusowe jeziorko, wokół ściany Piz Boe, Sassonghera, Col Alto. Zarośnięte lasami zbocza, albo idealnie wystrzyżone łąki, jak pola golfowe. Miasteczko i wijąca się jak wąż szosa. 

 

C:\fakepath\GOPR0348a.jpg

 

C:\fakepath\GOPR0354a.jpg

 

C:\fakepath\GOPR0360a.jpg

 

C:\fakepath\GOPR0361a.jpg


   Niestety, wiatr szybko osłabł i zaczęliśmy tracić wysokość. Roberto robił co mógł, aby nas podciągnąć do góry, ale z pustego i Salomon nie naleje…
Po 15-20 minutach zaczęliśmy kołować nad łąką, która robi za lądowisko. Wylądowaliśmy idealnie, na raptem 3 metrach.

 

C:\fakepath\DSCF4014a.jpg


   Potem jeszcze dla porządku mój lotnik pokazał mi film, żebym świadomie podjęła decyzję, czy chcę go kupić. 
No, ja myślę. Choćbym miała wziąć kredyt w banku!
Na szczęście kwota była niewygórowana.

   Nawiązując do Eriki Jong - "Strach przed lataniem" jeszcze mnie nie dotyczy. 
Może to wciąż brak wyobraźni…

Jakoś nie umiem się starzeć "godnie"... :)

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
helenarotwand
Czas publikacji:
sobota, 10 września 2016 16:22

Polecane wpisy

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę