Świat na głowie postawiony.

Wpis

wtorek, 20 czerwca 2017

Jadwiga, czyli "Jej podróże z lotką"

 

 P1050091.jpg

 

    Poznałam Jadwigę kilka lat temu, kiedy zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem i książką. Z naszego pierwszego spotkania wyniosłam taki jej wizerunek: urocza, zadbana starsza pani z fryzurą w idealnym odcieniu siwizny, serwująca wybitne ciasto (dietę trafił szlag) i zimową herbatę z kardamonem w pięknej porcelanie, która opowiadając mi o swoim następcy bodaj w Związku Badmintona użyła takich oto słów (przepraszam, cytuję):


- Helenko, jak on mnie wtedy zjebał...
 
   Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak osłupiałam.
Ale to jest właśnie cała Jadwiga. Kulturalna do bólu, oczytana, wrażliwa, ale i silna, odważna, klnąca jak szewc.

   Poprosiła mnie o zrecenzowanie jej książki „Moje podróże z lotką”, nie wiedząc co czyni. Albowiem ja na sporcie nie znam się w ogóle. Mało tego - sport mnie zupełnie nie interesuje, a to stoi jakby w sprzeczności z sensem życia Jadwigi.
   Ale mówi się trudno. Spróbuję.

   Bałam się, że książka będzie traktować wyłącznie o sporcie, ale co najmniej jedna trzecia opowiada o zawiłych losach najbliższej rodziny, a potem i samej Jadwigi od chwili narodzin. Ta część wzbudziła we mnie ciepłe wspomnienia, bo tak jak ona byłam wysyłana na wieś do dziadków i tak samo czekałam na chleb skropiony wodą i posypany cukrem.
   Wprawdzie nie doświadczyłam takich przygód, jak upicie świń wiśniami z nalewki czy sikanie (w celu dezynfekcji) na stopę przebitą widłami, ale pewnie nikt poza Jadwigą takich przygód nie miewa :-)
 
   Generalnie jeśli ktoś rodzi się akurat podczas bombardowania (w 1945) - jakby nie mógł poczekać dzień lub dwa - z definicji stworzony jest do tego, żeby biec. Ona nie mogła zostać księgową, bibliotekarką czy manicurzystką. Ani malarką, hafciarką ani nawet pracownikiem naukowym PAN.
   Ona musiała iść na wojnę z urzędami, robić karierę, szaleć po świecie, rewolucjonizować sport, tworzyć w Polsce nową dziedzinę olimpijską.

   Nie została światowej sławy muzykiem, choć grała od małego, bo to pewnie było dla niej zbyt statyczne. Nie poszło jej na studiach prawniczych - chyba z tych samych powodów.

   Skoro zajęła się sportem - to przecież NIE SZACHAMI, na Boga!

   Czytając jej biografię dochodzę do rewolucyjnego wniosku: Jadwiga nie jest normalnym człowiekiem! Podejrzewam, że ma układ ze swoimi kotami, które za odpowiednią opłatą użyczają jej swoich żyć.
   Nie jest bowiem normalne, żeby jedna osoba, nawet jeśli urodzona w czepku, pomieściła w swoim życiorysie tyle zdarzeń, tyle zwrotów akcji, wychodząc cało nie tylko z porodu. Oblanie paliwem i podpalenie przez rodzonego ojca (oczywiście niechcący) to tylko jeden przykład.
   Tłukła się już z chłopakami w szkole i całe jej dzieciństwo potwierdza tezę, że lanie dziecka w dupę nie działa.
W porównaniu z jej przygodami Pipi Langstrumpf to prymuska z kółka różańcowego.

   No, a jej kariera w organizacjach sportowych to już materiał na parę książek. Ludzie z branży na pewno z przyjemnością powspominają wydarzenia, które opisuje. Przy czym oczywiście byłoby za proste, gdyby ograniczyła się do jednej dziedziny sportu. Ależ nie, od instruktorki judo przeszła do szermierki, żeby wreszcie zająć się badmintonem. Zapewniła sobie w ten sposób czytelników z trzech różnych dziedzin :-)))
 
   Dla mnie jako ignorantki nie interesującej się sportem, a co dopiero jego historią, najciekawsze są wspomnienia z czasów zatęchłej komuny, kiedy zdobycie biało-czerwonych dresów na międzynarodowe zawody było jak wejście na Mount Everest. Jadwiga z lekkością opisuje zorganizowanie żarówek dla doświetlenia hali, tkaniny na zasłony, rakietek i lotek do badmintona, czy prowiantu do wykarmienia drużyny, chociaż każdy kto pamięta lata 70-80-te może sobie wyobrazić, Ale jeśli było się osobistą współpracownicą jednego z dwóch największych szpiegów PRL...jak tytaniczna była to praca.

   Ale jeśli było się osobistą współpracownicą jednego z dwóch największych szpiegów PRL...

 
   Przy czym nasza autorka nie wykazuje się fałszywą skromnością, z dumą opowiadając o swoich OSOBISTYCH sukcesach w tej dziedzinie. Nie przeszkadza mit to, gdyż akurat lubię i cenię kobiety, które znają swoją wartość i umieją się pochwalić. W końcu nie każdy wpadłby na to, żeby do zawieszenia żarówek na wysokości 11-12 metrów wynająć Związek Alpinizmu…

   Cóż dodać? Cieszę się, że energia Jadwigi została skanalizowana chociaż na chwilę, znajdując ujście w tej książce.
Bo kiedy zaprowadziłam ją do swojego rehabilitanta (niby ma problemy ze stelażem, ha, ha), to w pewnym momencie musiałam ryknąć, żeby zaczęła chociaż trochę wyglądać na chorą, bo nas wyrzucą z przychodni jako symulantki.
 
   Jadwiga przeżyje nas wszystkich i pewnie jeszcze niejedno napisze.:-))

No, ale jak się ma takie koty…

 

Blog:  http://www.okiemjadwigi.pl/



Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
helenarotwand
Czas publikacji:
wtorek, 20 czerwca 2017 14:15

Polecane wpisy

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę