Świat na głowie postawiony.

Wpis

sobota, 03 czerwca 2017

Podsumowanie, ale tak, żeby nie zanudzić...

 

 

    Chciałabym jakoś zgrabnie podsumować tę środkową Hiszpanię, ale łatwo nie jest. Bo też zauważyliśmy sporo rzeczy, które kłócą się z utrwalonymi stereotypami.

   Na niekorzyść dzisiejszej Hiszpanii (przynajmniej Madrytu i okolic) świadczy kiepska organizacja i dość odczuwalne olewanie turystów. Brak informacji na temat godzin otwarcia i ilość obiektów zamkniętych na głucho, bez szans na otwarcie (trawa porastająca wejście o czymś świadczy) jest wkurzająca i zniechęca do dalszego eksplorowania miasteczka.

   W Alcali na przykład bardzo chciałam zwiedzić Palazetto Laredo, ale brama wejściowa była zamknięta, bez żadnej tabliczki. Spróbowaliśmy następnego dnia, była otwarta. Hurra! 

   Ale sam obiekt dalej był zamknięty dla zwiedzających, tyle że informacja o godzinach otwarcia była ukryta głęboko na drzwiach pałacyku. Gdyby wisiała na zewnątrz,  poczekalibyśmy wczoraj pół godziny, kiedy drzwi otwarto. Ale skąd mieliśmy o tym wiedzieć?

 

To pałac z zewnątrz:

 

DSCF7497.jpg

 

To po wejściu na teren

 

DSCF7500a.jpg

 

A na tych drzwiach z prawej wisiała kartka o godzinach oprowadzania:

 

DSCF7500b.jpg

 

   Nie wiem, czy to skutek kryzysu, ale pierwszy raz mi się zdarzyło, żebym z listy obiektów do zwiedzenia w jednym mieście z siedmiu pozycji musiała wykreślić pięć, bo były martwe.

 

   Kryzys widać także w gastronomii. Z żalem obserwowaliśmy smutnych kelnerów omiatających z niewidocznych pyłków dziesiątki pustych stolików, przy których niemal nikt nie siadał, nawet w porze lunchu czy wieczornego biesiadowania. I to w najbardziej przelotowych miejscach, w tak uczęszczanych miastach jak Toledo czy Segowia, 200 metrów od katedry.

 

   Samych turystów nie brakowało, choć to dopiero maj. Ale mało chętni oni byli żeby się rozsiadać. Zwłaszcza, że powoli grupą dominującą w strumieniu smartfonów i tabletów, wyciągniętych do selfie, stają się… Chińczycy.

Można ich rozpoznać na kilometr, nie da ich się pomylić z Japończykami.

 

   Chińczycy nie tylko przyjeżdżają zwiedzać, oni się tu masowo osiedlają. Na każdej ulicy można znaleźć 1-2 sklepiki z żywnością, pamiątkami, zabawkami, prowadzonymi przez chińską rodzinę. Przeważnie czynne całą dobę. Do tego też musieliśmy się przyzwyczaić. Chiński torreador jakoś nie mieści się w kanonie urody tutejszej :))

 

    Pozytywnie zaskoczył nas spokój tubylców, zupełnie nie pasujący do śródziemnomorskiego temperamentu.

   Dla przykładu dwie scenki: znaleźliśmy w Alcali dobre miejsce na parking, a kiedy mieliśmy odjeżdżać jakaś pani zapytała z samochodu, czy miejsce będzie wolne. Odpowiedziałam, że za 5 minut, bo mąż zaraz przyjdzie. Na co ona, że zaczeka.

   No i zaczekała, stojąc centralnie na wąskiej uliczce i blokując ruch setce samochodów. Żaden klakson się nie rozdarł. Ludzie spokojnie odczekali, aż ona zajmie nasze miejsce.

   Drugi przykład: mąż chciał sfotografować dane adresowe restauracji flamenco, więc stał na środku innej wąskiej uliczki i przymierzał się do zdjęcia. Za nim cichutko podjechał samochód. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku, czekał, aż mąż sam zejdzie na chodnik.

 

    Czy ktoś z Państwa potrafi sobie wyobrazić podobne scenki w Polsce, albo we Włoszech???

 

    Może dlatego tylko tu spotkałam szczęśliwą Matkę Boską...?

 

DSCF7382.jpg

 

   Znalazłam ją w katedrze w Toledo. Jako ciekawostkę dorzucę tu jeszcze 3-metrową monstrancję z czystego złota - jakieś 200 kg. Co roku na Boże Ciało opuszcza ona swoją pancerną klatkę i bierze udział w procesji.

   Kunszt wykonania powala. Jankowski (ś.P.n.j.d.) pewnie gryzłby futrynę z zazdrości). Mój mąż był pochłonięty analizowaniem, jak też oni to cudo wyjmują i wkładają z powrotem. W końcu 200 kg to nie worek kartofli...

 

 DSCF7388.jpg

 

DSCF7393.jpg

 

DSCF7390.jpg

 

    Na koniec suplement do historii Don Kichota.

   Już chyba wiem, dlaczego nikt nie pali się do kręcenia filmów o nim. Ilość wątków jest tak ogromna, że żeby streścić to w 2 godzinach trzeba ...właściwie wyciąć wszystko. Zostawić postać szalonego rycerza i jego wiernego, choć dość wyrachowanego giermka Sancho, pokazać Dulcyneę, której w Powieści Don Kichot w ogóle wcześniej nie widział, ustawić parę wiatraków, księcia i księżną i... czas się skończył.

 

   Film który zdobyłam byłby nie najgorszy, gdyby nie fakt, że mam świeżo w głowie powieść czytaną przez A. Szczepkowskiego. Na tym tle film wypada jak kadłubek.

   W dodatku gdzie producent znalazł tłumacza, który uparcie nazywa Don Kichotem "Rycerzem Wędrownym", choć każde dziecko w Polsce wie, że jest to Rycerz Błędny?!  Co za niedouk robił ten przekład?? Nawet jeśli z wersji angielskiej wynika inaczej, dobry tłumacz musi trzymać się klimatu tu i teraz. Nie miał prawa zmieniać podstawowej charakterystyki Don Kichota. Błędny, to nie to samo co wędrowny.

   Podobnie jak w dobrym tłumaczeniu książki nasz bohater zowie się Rycerzem Smętnego Oblicza, podczas kiedy w filmie tłumacz używa zwrotu Rycerz o smutnej facjacie! Katastrofa!

 

   I to by było na tyle w temacie Hiszpanii. Dziękuję za cierpliwość.



Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
helenarotwand
Czas publikacji:
sobota, 03 czerwca 2017 18:38

Polecane wpisy

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę