Świat na głowie postawiony.

Wpisy

  • środa, 27 grudnia 2017
    • Seria niefortunnych zdarzeń

       

          Ja nie jestem przesadnie przesądna…
          To znaczy wierzę w coś takiego jak pech, czy ludzie pechowcy, ale 13-stki i czarne koty bardzo lubię, zwłaszcza w piątki, chętnie przechodzę pod skośnymi słupami, a przy okazji ślubu złamałam wszystkie możliwe przesądy.

        Ale dzisiejszy dzień skłania mnie do refleksji nad pojęciem fatum. Chyba czas przestać myśleć, że seria niefortunnych zdarzeń to tylko zbieg okoliczności...

         Zaczęło się od tego że zaspałam. Planowałam jechać do dzieci w Otwocku o 8.30, a że zawsze budzę się między 6.00 a 7.00, budzika nie włączałam.
      Obudziłam się o 8.00, więc wszystkie następne działania nacechowane były nadzwyczajnym pośpiechem.
         Jak się człowiek spieszy, to się diabeł…

         Samochód był zamrożony z każdej strony, choć całe święta było na plusie. Oskrobanie szyb zajęło minutę, ale potem jakby diabeł zatkał dupą klimatyzator - szyby wciąż pokrywały się tym białym od środka, żeby nie wiem jak dmuchać.

         W końcu zdołałam ruszyć z parkingu i dojechać do pierwszych świateł, na których zawsze zawracam. Strzałka do skrętu w lewo była czerwona i ... pozostała czerwona przez trzy pełne cykle… Szlag! Musiała się zaciąć właśnie teraz???!!!
         Mając do wyboru bezczelnie wjechać na czerwone, wybrałam opcję drugą - dałam ostro na prawo, żeby ominąć ten rejon z innej strony.

         Objechałam osiedle i bezpiecznie wjechałam na most.
      Kiedy ujechałam 200 m już wiedziałam, że nie jest dobrze. Sunęłam jak koń z klapkami w stronę biura, a powinnam była przed mostem zjechać w dół. Przecież dzieci mieszkają po tej samej stronie Wisły co ja…

        Popatrzyłam na bezlitośnie uciekający czas na zegarze i zaczęłam wrzeszczeć:
      - Czy TY coś do mnie masz dzisiaj? Czy coś CI moje dzieci zrobiły??? O co  chodzi???

         Wreszcie przemówiłam sama sobie do rozsądku, opanowałam nerwy, i robiąc wielkie koło dojechałam do Otwocka w miarę spokojnie.
      Przebierając się na roboczo, sięgnęłam do torby, w której ZAWSZE niosę klapki, wodę, kanapkę i gazetę, w razie gdybym się nudziła. Nigdy się to nie zdarzyło, ale co tam.

         Klapek był jeden.
       
         Zaczęłam się histerycznie śmiać. To nie mogła być prawda. Nigdy ich z tej torby poza ośrodkiem nie wyjmuję, torba jest głęboka, nie mógł wypaść po drodze.
         A jednak. Im bardziej go szukałam, tym bardziej go tam nie było…

         Nie mogłam iść do dzieci w zimowych buciorach, więc następne 5 godzin spędziłam boso. Podłogi były czyste, zwłaszcza że po remoncie, ale fakt był faktem.

         Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy ja w ogóle dziś powinnam dotykać dzieci. Tu już nie chodziło o byle spóźnienie czy bose stopy, tylko o ICH bezpieczeństwo. Ale widok mojej 6-tygodniowej princessy, którą sobie ostatnio zaanektowałam, pozbawił mnie wątpliwości. Dalej wszystko potoczyło się w takim tempie, że o pechu nie było czasu myśleć. Karmienie z butelki, pojenie, przewijanie, jedna kupa, zupa łyżeczką, druga kupa, usypianie, a wszystko na 3 pokoje, skutecznie odpędziło złe myśli.

         Wróciłam do domu, zjadłam resztki ryby ze świąt i postanowiłam poćwiczyć, żeby pogonić ten piernik, co go mi siostra wcisnęła na wynos (broniłam się, Wysoki Sądzie!).
         Ćwiczę na pamięć „z Chodakowską”, czyli wykonuję jej ćwiczenia, patrząc jednym okiem w duży zegar umiejscowiony przy podłodze, a drugim oglądając jakiś odcinek czegoś tam…
         No i w trakcie tych ćwiczeń zegar…..stanął. Nie, nie żartuję. On stanął dokładnie między jednym ćwiczeniem a drugim.

      Zaklęłam szpetnie i pognałam po drugi, który zdjęłam ze ściany tydzień temu wieszając girlandę.

      TEŻ STAŁ.

      Czy często Wam się zdarza, żeby dwa zegary stanęły w odstępie kilku dni?

         Nie wstawiałam tego wpisu aż do pójścia spać. Bałam się zapeszyć, w razie jakby co... Na szczęście nic więcej się nie wydarzyło (no, może tylko bateria przeznaczona dla zegara sturlała się, wpadła za komodę i trzeba było ją wyciągać kijem od szczotki, ale nie przesadzajmy, to się ZAWSZE mogło zdarzyć...).

        PS. Klapek się nie odnalazł. Ech....

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      środa, 27 grudnia 2017 08:05
  • wtorek, 28 listopada 2017
    • Gdzie się podziali wolontariusze?

       

         Wolontariat, jak sama nazwa wskazuje, z zasady jest dobrowolny. Nie można nikogo zmusić, żeby poświęcał swój wolny czas na pracę – czasem ciężką, nie zawsze przyjemną – za darmo.

          Miło, jeśli zapracowani ludzie znajdują czas na systematyczne udzielanie się.  

         Jak nieraz pisałam, praca dla malców czekających na adopcję mnie osobiście przynosi głównie radość, poczucie robienia czegoś pożytecznego. Miałam wrażenie, że wszyscy tak do tego podchodzą.

      A jednak nie… :-(

       

         Ponad setka osób (nie przesadzam, to są 4 grube segregatory kart osobowych) w ciągu ostatnich dwóch lat  zdecydowały się zrobić dość kłopotliwe badania na nosicielstwo a także zdobyć zaświadczenie o niekaralności. Tyleż z nich podpisało kilka dokumentów, otrzymało identyfikator i instrukcje, jak zajmować się dziećmi.

       

         Jak więc to się stało, że całymi dniami zieje pustką na oddziale, a panie opiekunki nie mają żadnej pomocy ze strony wolontariuszy?

       

         Teraz jest jeszcze gorzej. Kilkoro dzieci na czas remontu zostało przeniesionych do starego szpitalika, w którym mało jest pacjentów, więc personelu jeszcze mniej. Przeważnie jest z nimi jedna opiekunka z IOP-u, ale czasem to nie wystarcza. Panie próbowały więc zapewnić dzieciom więcej opieki umawiając się z wolontariuszkami na konkretne terminy.

       

         Nie wiadomo z jakiego powodu, przez cały tydzień prawie żadna z nich nie przyszła…

       

         Może ktoś mi to wytłumaczy?

         Jeśli zobowiązuję się przyjść manifestować w jakiejś ważnej sprawie, a nie przyjdę – będzie przykro, ale tragedia się nie stanie. Ale dziecko to nie drzewo, które trzeba chronić przed wycięciem. To nie pies ze schroniska, choć i one potrzebują stałego kontaktu.

       

         „Nasze” dzieci tylko dlatego rozwijają się w miarę normalnie, że otrzymują  więcej ciepła i miłości niż niejedno dziecko w rodzinnym domu. Dlatego na oddziale  nie jest już podejrzanie cicho, gdyż dzieci potrafią głośno manifestować swoje niezadowolenie, głód czy dobry humor. I to jest wspaniałe :-) 

         Ale każda z pań ma tylko dwie ręce. Żeby nie wiem jak się starać, nie nakarmią dwójki dzieci naraz. Nie ululają wszystkich płaczących, nie uśpią czterech jednocześnie i nie wyprowadzą kilku wózków na spacer.

       

      IOP2.JPG

      IOP1.JPG

       

         Po to wolontariusze zostali wpuszczeni do ośrodka, żeby dołożyć swoje ręce do pomocy. Po to zostali przypisani do konkretnego dziecka, żeby odzyskało ono coś na kształt mamy.

         Co czują więc osoby, które nagle przestają odwiedzać dzieci? Czy w ogóle coś czują?

         Czy tak kompletnie nie zdawały sobie sprawy, co je czeka? Nie policzyły kilometrów, które trzeba przejechać?

         Nie przewidziały, że trzeba będzie zmieniać pieluchy lub walczyć z niejadkiem?

      Wydaje się, że od dorosłych ludzi można oczekiwać odpowiedzialności.

       

         Ja rozumiem, że jest sezon grypowy i część osób choruje. Ale nie wszyscy naraz przecież!

      I nie od wakacji…

       

         Przed wakacjami akcja Lejdis i Krystyny Jandy narobiły sporo szumu wokół IOP-u. Wolontariuszek pojawiło się wręcz za dużo. Było więcej rąk niż dzieci.

         Ale to już przeszłość. Osoby, które wtedy poczuły się zbędne, nie powinny były tak szybko rezygnować. W każdym razie mogłyby spróbować jeszcze raz.  Za 3-4 tygodnie dzieci wrócą na stare (całkiem NOWE, ho,ho!) śmieci i znów trzeba będzie przytulić dwudziestkę. Identyfikatory leżą w wielkim koszu.

       

         Takich unikatowych instytucji jak otwocki IOP jest w Polsce tylko trzy. Trwają dzięki ogromnym wysiłkom osób walczących o fundusze i odpowiedni poziom opieki nad dziećmi. Przez 16 lat trwania IOP prawie 1200 dzieci trafiło do adopcji. Były na pewno w dużo lepszej kondycji psychicznej i fizycznej, niż porzucone niemowlęta, które nie miały szczęścia trafić do takich placówek. Na pewno wiele zawdzięczają wolontariuszom.

       

         Co się zmieniło? Czyżby dobra zmiana miała i tu namieszać?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 listopada 2017 19:00
  • wtorek, 14 listopada 2017
    • A może by tak włączyć telewizor..?

       

         Wiem, że w dobrym tonie jest nie posiadać telewizora w ogóle. Dobrze jest się tym pochwalić w towarzystwie, co niestety nie uchroni przed płaceniem haraczu na telewizję publiczną, jeśli Kurski dopnie swego.

         Coś jednak trzeba robić w te długie  wieczory, kiedy „za szybą deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…”?

         Intelektualiści oczywiście zakrzykną: Czytać!

      No jasne, czytać… Problem w tym, że moje oczy nie idą w parze z młodym duchem i o godzinie 20.00 praktycznie odmawiają posłuszeństwa.

         Ekran komputera męczy jeszcze bardziej, ale tam chociaż można powiększyć czcionkę. Z książką nie zrobi się nic.

       

         Ponadto – nie boję się tego wyznać – lubię czasem dobrą telewizję (DOBRĄ czyli nie TVP). Mam dla niej 0,5-1 godziny dziennie.

      Lubię Teatr Telewizji, zwłaszcza stary, przedreżimowy.

      Lubię oglądać stare filmy, bo nie chcę i nie umiem ściągać piratów.

      Lubię też – o zgrozo! – współczesne seriale, choć tylko te najlepsze.

       

         Od kiedy  zaczęto produkować świetne serie typu Detektyw, Utopia, Tabu, Fortitude, czy nasze polskie: Wataha, Belfer, Pakt, wróciła dawna potrzeba śledzenia losów bohaterów. Wprawdzie to już nie te wypieki na twarzy, z jakimi czekało się w przaśnym PRL-u na kolejny odcinek Dynastii czy Powrotu do Edenu, ale oryginalna fabuła może wciągnąć i teraz.

       

         Większość seriali ludziom umyka, zwłaszcza jeśli jest to np. produkcja czeska, jak wybitne „Pustkowie”, lub przyjemne dziełko Hrebejka „Aż po uszy”. Dodam, że oba wyprodukowało HBO, podobnie jak czeską wersję naszego Paktu pt. Układ.

          Rzeczone seriale przeważnie są krótkie, 6-8 odcinków max. Z niektórymi ciężko się pożegnać, a po zakończeniu emisji człowiek czuje się jakiś taki…osierocony. Tak było z Tabu Toma Hardy'ego i z Utopią.

         Za to nie udało mi się polubić nowego Miasteczka Twin Peaks. Za cholerę nie mogłam poczuć klimatu, połapać się w chorych wizjach Lyncha i podzielić zachwytów publiczności w Cannes. Pachnie mi tu strasznym snobizmem i wmawianiem sobie czegoś, czego nie ma.

       

         Jest jeszcze jeden problem – im lepszy serial, tym cięższa tematyka. W Belfrze młodzież generalnie ćpa, chleje, podbiera starym broń i pyskuje nauczycielom.

      „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie..."

      Czarno to widzę.

       

         Utopia to z kolei wizja szalonych naukowców, którzy próbują zmniejszyć populację Ziemi o połowę, albo i więcej, bo jest nas za dużo.

       

      O House of Cards nie muszę się wypowiadać, wszyscy chyba wiedzą kim był/jest Francis Underwood.

      Gry o Tron nie zaczęłam nawet oglądać, nie moja bajka.

      Hannibal był znakomity, tyle że też makabryczny.

       

         No, a Wataha to już prawdziwy Armagedon – skorumpowani pogranicznicy, bandyci przeprowadzający przez góry uchodźców, narażający ich na śmierć lub deportację, naziści podpalający domy dla azylantów, krety na każdym szczeblu władzy. Oto dołujący obraz dzisiejszego świata. I to gdzie??? W moich świeżo pokochanych Bieszczadach!

       

         Czasem marzy mi się program telewizyjny, złożony wyłącznie z filmów typu Pół żartem pół serio, Seksmisja, Pretty woman, Młody Frankenstein, Top secret, Pani Doubtfire i Nietykalni.

         Ale świat niestety tak nie wygląda, a filmów od których człowiekowi robi się lepiej na duszy jest coraz mniej.

      Pora umierać...

       

      PS. Utopię będą powtarzać na TVP Kultura w soboty, począwszy od 18.11 w późnych godzinach (23.45 czy coś) po dwa odcinki. Kto nie oglądał, radzę sobie nagrać. Choćby żeby posłuchać muzyki na napisach końcowych. Kompletny odjazd.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „A może by tak włączyć telewizor..?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 listopada 2017 10:35
  • czwartek, 26 października 2017
    • Trzeba wrócić w te Bieszczady, nie ma co...

       

        Zapewne wrócę w Bieszczady… kiedyś…
      Jeszcze nie wiem kiedy, ale postanowienie jest.
      Tym razem nie będę szukać następnych cerkwi, bo wyrosłam już z etapu, kiedy w danym miejscu chciałam zwiedzić WSZYSTKO. Może wejdę na jakąś górę, ale z pewnością nie będzie to celem samym w sobie.

         Jeśli uda mi się tam wrócić, to będę szukać ludzi.

         Konkluzja kontaktów z tubylcami nasuwa się jedna: W Bieszczadach nasycenie ludności w inteligentów jest wyższe niż w Warszawie, a może i w samym Krakowie.
      Jednak czasy Siekierezady dawno minęły i raczej trudno wyobrazić sobie obecnie zbiegłych przestępców, którzy szukają tam azylu. Ci, którzy od jakichś 30 lat zasiedlają te tereny, to głównie zmęczeni korporacyjnym wyścigiem inteligenci.

         Imają się przeróżnych zajęć. W związku z aktualną modą na Bieszczady rozwinęli tam sieć agroturystycznych gospodarstw i przydrożnych karczm. Produkują kozie i owcze sery (np.huculskie). Lepią anioły. Pieką „śpiewający chleb”. Malują ikony i mandyliony. Wyciskają zioła zerwane na łące i robią z nich nalewki (pokrzywa, noszczyk, czarny bez - pycha. „Bieszczadzkie Smaki”.)
      Zbyt mało miałam czasu, żeby ich więcej poznać, ale dla nich chcę tam wrócić.
       
         Wszędzie powtarza się podobny schemat - „Kiedy z żoną na randkę zacząłem się umawiać pisemnie, bo już w ogóle się nie spotykaliśmy…”. „`Po pierwszym zawale zacząłem myśleć, dokąd gnam…” itp.

         Kupno ziemi czy gospodarstwa tutaj graniczy z cudem, bo ze względu na pogmatwane powojenne losy miejscowych, niemożliwością jest zawrzeć dziś umowę z jednym spadkobiercą. Zwykle jest ich kilkunastu, z czego połowa za granicą.
         Nie przejmują się tym, dzierżawią. Choć nadal są tu miejsca gdzie komórka jest martwa jak pień, a Wi-fi „lata po wsi”, jak nam powiedział jeden gospodarz, nowi lokalsi nie narzekają na brak kontaktu ze światem.
         Przeciwnie, jak powiedział nam właściciel „Bieszczadzkich Smaków” - mam teraz znajomych na całym świecie, tu się nie można nudzić. Oto on.

       

      DSCF9096.JPG



         Poznaje się ich zjeżdżając z głównych szlaków i już nawet nie trzeba się zapuszczać w ostępy rodem z „Watahy”.  Otwierają swoje małe przedsiębiorstwa kilka-kilkanaście kilometrów od Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej.

         Co do „innych” ludzi w Bieszczadach (czyli turystów), to mamy teraz szczęście w nieszczęściu. Szczęście, że jest gdzie spać i co zjeść, bo - patrz wyżej. Nieszczęście, bo lokalne parkingi (jeśli w ogóle są) nie są w stanie pomieścić tych tabunów przyjezdnych, a w takiej Cisnej w połowie października do knajpy nie dało się wcisnąć palca. Problem jest też z personelem. Wszyscy Ukraińcy wyjechali chyba do pracy w Warszawie, tam nie spotyka się nikogo ze wschodnim akcentem. Brak ludzi oznacza długie oczekiwanie na najprostszy posiłek czy napitki, co przy moim napiętym jak guma w gaciach programie było niezwykle bolesne.

         O mały figiel upadłby też plan z Kolejką Bieszczadzką, którą postanowiłam się jednak przejechać. (Tak to jest, jak człowiek jest „miętki” i nieodporny na sugestie).
         Specjalnie zanocowaliśmy w Majdanie, na kompletnym zadupiu, gdzie nie ma nawet baru, żeby rano komfortowo podjechać do stacji kolejki jako pierwsi. Stawiliśmy się o 9.05, choć pociąg miał startować o 9.30. Kiedy dobiegłam do kasy, usłyszałam jak panienka mówi przez megafon: Zakończyliśmy sprzedaż biletów na 9.30 oraz na 10.00.
      Uruchomimy dodatkowy pociąg o 13.00!!!!!

         Kot W Butach na Shrecku to pikuś, wobec mojej miny. Musiałam być przekonująca, bo pani w kasie tylko wetchnęła i sprzedała mi jeszcze 2 bilety. No! :))
        

         Sama podróż była urokliwa, trwała ok. godziny, potem pół godziny przerwy na grzańca z pomarańczą i powrót tą samą drogą. Ciuchcia z mozołem ciągnie kilka wagonów, po których hula wiatr. Prędkość zawrotna - ok. 15 km/ha. Widoki piękne - o tej porze roku. Latem zapewne mniej porywająco, po prostu zielono. Teraz - kolorowo do obłędu.

       

      DSCF9157.jpg

       

      DSCF9178.jpg

         Nasza ciuchcia była spalinowo-elektryczna, ale widzieliśmy też  prawdziwą parową lokomotywę, która dostojnie przedefilowała nam przed nosem dzień wcześniej po 17.00!!! Od razu coś brzydko zapachniało i nie były to spaliny z lokomotywy. O tej godzinie po sezonie bieszczadzka kolejka nie jeździ!

         Sprawa wyjaśniła się nazajutrz. Panowie kolejarze nie kryli swojego oburzenia opowiadając, iż niejakiemu SZYSZKO zachciało się gulaszu z dzika. Na szczęście nie zamierzał na ten gulasz polować, przyjechał na gotowe!
      I NIE ZAPŁACIŁ ZA BILET!!! - oburzali się kolejarze. A STAĆ GO PRZECIEŻ!

         Nasze podejrzenia poszły dalej - że oto minister destrukcji środowiska przybył obejrzeć, co tu się da wyciąć. W końcu w Bieszczadach lasów nie brakuje. Smutek i strach …

         Wracając do ludzi, miejscowi rdzeni nie są wcale gorsi od przyjezdnych. Każdy z radością wda się w rozmowę, chętnie opowie o losach swojej rodziny, albo o przyziemnych codziennych sprawach (choćby o pchłach, co się zaległy u „kurów”, więc musiał wytłuc wszystkie itd.). Kiedy nasza droga do Chotyńca okazała się zamknięta i staliśmy bezradnie myśląc, co dalej, od razu zatrzymał się jakiś tubylec z pytaniem „Jakiś problem?”. A potem poradził, żeby się przebijać, bo tam panowie przepuszczą.
      I przepuścili.

          Humor nieco psują dość wyśrubowane ceny. Bieszczadzcy kapitaliści szybko wyczuli pieniądz i pieniądz tam płynie wartko.
      Za parking pod Carycą - 24 zł. Przejazd kolejką plus wejście na peron - 26 zł/os, nocleg w pokoju 2-os. bez ręczników a nawet bez mydła - 50 zł/os , placki ziemniaczane z sosem 28 zł itd. Ale co się dziwić, skoro walą takie tłumy…?

         Na koniec chciałam zdać sprawozdanie z zadanych prac - kolejką pojechałam, zaliczone. W Łopience byłam, ale poza zachwycającym krajobrazem nie zrobiła na mnie wrażenia. Ciekawa cerkiew, piękna dziupla w kształcie Matki Boskiej, sporo turystów. W Buku wciąż stoi rozpadająca się wiata z napisem BAR, ale niczego nie można tam wypić. Pierogów też nie znalazłam, choć miałam smaka… Do Chaty Magoda niestety nie zdążyłam. I tak z trudem po nocy dotarliśmy do Krasiczyna. Ucałowanie pani Jagody od Andrija zostawiam na inną okazję.

         I to by było na tyle. Na koniec parę wspomnień.

      Matka Boska Łopienkowa:

       

      DSCF9193.jpg

       

      Prawdziwy bieszczadzki traper :):

       

      DSCF9154.JPG

       

      Pani zawiadowca daje znak do odjazdu naszej ciuchci:)

       

      DSCF9120.jpg

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Trzeba wrócić w te Bieszczady, nie ma co...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 października 2017 22:16
  • środa, 18 października 2017
    • ...i po prostu wyjedź w Bieszczady...

        

      ...tak jak rano jedzie się do biura...

       

         Od czego by tu zacząć…? A na czym skończyć?

         Powiedzieć, że zachowywaliśmy się jak japońska wycieczka, to nic nie powiedzieć…
         Plan przygotowywany przeze mnie od tygodni, falował jak wzburzone morze. Co rusz pojawiały się korekty, coś dochodziło, co naturalnie wymagało cięć w innym miejscu,  a moi szanowni czytelnicy wspomagali mnie dobrymi radami, wymuszając jednocześnie kolejne korekty. A tu pojedź koniecznie, a na to wleź, a pojedź kolejką za mnie, a ucałuj panią Jagodę ode mnie…

         I jak ja miałam to wszystko pomieścić w czterech dniach, z czego dwa w większej części były stracone ze względu na dojazd? W sumie zrobiliśmy 1050 km, i niestety nie po dwupasmówkach. Z niewiadomych powodów nadal się w Polsce buduje lub remontuje drogi, co powoduje masakryczne korki i przestoje na wahadłach.

         Ale mówi się trudno, przecież wiedzieliśmy na co się porywamy.

         W drogę TAM wstawiłam postoje w Konewce (bunkier kolejowy po Hitlerze, bardzo interesujący) i Sandomierz, piękne miasto. Może kiedyś o tym napiszę, albo i nie….

          Zacznę od końca, czyli od podsumowania. Dla tych znających Bieszczady będą to truizmy, sorry.

          Miałam rację odkładając z roku na rok ten wyjazd, żeby wreszcie pojechać dokładnie w połowie października. Wszyscy widzieli na własne oczy, albo na pocztówkach, jak wyglądają jesienne Bieszczady.
         No i faktycznie, TA jesień nie ma sobie równych. Zwykłe kolory można podkręcać w Photo Shopie, ale nie tam. Tam one występują w takim nasyceniu i różnorodności, jakby pracowite krasnoludy sadziły bieszczadzkie lasy precyzyjnie według koloru jaki będą miały liście na jesieni. I wyszło w sekwencjach: żółty, bordowy, zielony, rdzawy, czerwony, żółty, bordowy… i tak w kółko. Daje to efekt totalnego zwariowania i oczopląsu.

         Jadąc na północ w drodze powrotnej przez 400 km specjalnie zwracałam uwagę na jesienne barwy i przysięgam, nic nie może się równać z tymi bieszczadzkimi.

         Gdyby nie te kolory, może same góry nie zrobiłyby na nas aż takiego wrażenia. Jesteśmy rozbisurmanieni zapierającymi dech widokami z Dolomitów, Tatr, a choćby i z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Bieszczady to jednak - z całym szacunkiem - obłe pagóry. Malownicze, ale pagóry.   

           Natomiast ich „umaszczenie” o tej porze roku sprawia, że człowiek zamiast iść, gapi się z rozdziawioną gębą. To nie tylko drzewa i krzewy, to także jagodziska, dołem zielone, górą wściekle czerwone i żółte i cała reszta flory.
          Z premedytacją drapaliśmy się na Carycę, czyli Połoninę Caryńską, gdyż ten szlak przeważnie wiedzie po odkrytej przestrzeni. Można było podziwiać panoramy we wszystkie strony świata. Po prostu bajka.

       

      DSCF9183.jpg

       

      DSCF9207.jpg

       

      DSCF9214.jpg

       

      DSCF9216.jpg

       

      DSCF9176.jpg

         Teraz cerkwie. W ten z konieczności okrojony program udało mi się ich wcisnąć dziewięć. Każda inna, kilka przejętych przez kościół rzymskokatolicki. Udało się wejść do trzech.

         Do tej w Szczawnem podjechała dziarska starsza pani, która zaczęła od wycałowania wszystkich ikon, potem się modliła, a potem super ciekawie opowiadała o losach tych regionów, swojej rodziny, a także np. o różnicach w przedstawianiu świętej Rodziny czy innych świętych w obu kościołach. Nie wiedziałam, że Matka Boska na ikonach prawosławnych musi mieć schowane włosy, itp. Numer do pani wisi na drzwiach cerkwi, ona przybiega w ciągu 10 minut. Na msze w Szczawnem przychodzi ostatnio 3-4 osoby…

       

      2SZCZAWNE.jpg

         Potem były kolejne śliczne cerkwie: w Kulasznem, w Turzańsku, Rzepedzi, Radoszycach, Smolniku 1, Łopience, i Smolniku 2.

      Smolnik 2 i Turzańsk są na liście UNESCO.

       

      1KULASZNE.jpg

       

      3RZEPEDŹ.jpg

       

      4TURZAŃSK.jpg

       

      5RADOSZYCE.jpg

       

      6SMOLNIK1.jpg

       

      DSCF9190.jpg

       

      8SMOLNIK2.jpg

         Ostatnią i najpiękniejszą cerkwią był Chotyniec (też UNESCO) - to już nie w Bieszczadach, lecz w okolicach przejścia granicznego w Korczowej. Telefon wynotowany z sieci połączył mnie z byłym proboszczem. On podał mi adres strony diecezji i nazwisko nowego proboszcza. Wiwat LTE w telefonie! Tenże proboszcz skierował mnie do kościelnego, a dalej to już bułka z masłem. Byłam z siebie dumna!
        Kościelny otworzył wrota gigantycznym kluczem, opowiedział co nieco o historii, pozwolił robić zdjęcia. We wsi liczącej 40 chałup mamy 3 kościoły i 5 wyznań, oznajmił.

       

      DSCF9247.jpg

       

      DSCF9250.JPG

         Pan Kazimierz razem z nami załkał nad bezmyślnością konserwatora, który nie zgadza się na wymianę strasznej falistej blachy na dobudowanym przed laty przedsionku. Nasz kościelny, który przejął tę funkcję po ojcu, sam by tam położył gont, ale mu nie wolno. Ten, co zrobił taką krzywdę 400-letniej cerkwi, powinien wisieć za jaja. Nie ma dla niego usprawiedliwienia!

       

      DSCF9262.JPG
         
          Teraz uwaga, podaję telefon do kościelnego:16- 628 36 54. Myślę, że niewielu z Was tam było, bo pan nie przypomina sobie, żeby ktoś go prosił o otwarcie cerkwi. A droga do niej jest bardzo słabo oznakowana.
          A jest co oglądać. Już wiek tego obiektu robi wrażenie. Inne cerkwie mają góra 100-130 lat. Ta naprawdę stoi od 1615 i nieraz groziła katastrofą. Ale jakoś ją ratowano, podpierano ściany belkami, wymieniano spróchniałe deski i dziś wygląda jak milion dolarów. To mała próbka:

       

      DSCF9254.jpg

       

      Sąd Ostateczny malowany na drewnianych deskach:

       

      DSCF9252.jpg


        Wśród tych, których nie udało nam się odwiedzić, jest np. Chmiel, która to cerkiew zagrała w scenie spalenia Raszkowa w Panu Wołodyjowskim i którą konserwator zabytków zgodził się…SPALIĆ NAPRAWDĘ!!! Jak te owce w Tatrach!


      Na szczęście zrobił się z tego wrzask na całą Polskę i cerkiew ocalała.

      Panie, Ty widzisz i nie grzmisz…!

      Nie ma tu wielu innych, które chciałam zobaczyć, bo fizycznie nie dało się ich wcisnąć do programu. Ale może uda się następnym razem…

      CDN.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      środa, 18 października 2017 21:51
  • środa, 27 września 2017
    • Koniec przyjemności na ten rok :( Chociaż...

       

         Jak na zaledwie 2 dni podróży, udało nam się chyba wcisnąć do programu całkiem sporo atrakcji.

        

         Po zwiedzeniu lodowej jaskini w Werfen przyszła kolej na...... kolej.

      I znów Google okazał się przyjacielem, bo podrzucił linka do bloga, w którym opisano fascynującą podróż kolejką wąskotorową, górską, jedną z najbardziej stromych na świecie.

         W dodatku była to od zawsze kolej PAROWA, i do dziś na tej trasie kursuje jeszcze 6 parowozów. Pozostałe pociągi są elektryczne.

       

         Startuje ona z miasteczka - uwaga - Sankt Wolfgang in Salzkammergut, nad jeziorem St. Wolfgang. Kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt razy dziennie lokomotywka jak z dziecinnych bajek pcha pod górę dwa-trzy wagoniki. Na odcinku niecałych 6 km pokonuje ona różnicę wysokości 1200 m!!!

         W dodatku bez przerwy musi się mijać z kolejką zjeżdżającą w dół, a nie działa tu żadna automatyczna nawigacja. Wszystko odbywa się na gębę, metodą machania rękami przed mijanką i jakoś od 1893 roku nie było żadnego wypadku.

       

         Tu stoi na stacji lokomotywa... nasza. Gotowa do startu.

       

      DSCF8860.jpg

       

       DSCF8888.jpg

       

         Kolejka wjeżdża na szczyt góry Schafberg, po drodze można podziwiać obłędne widoki na jeziora i Alpy. Na szczycie stoi ogromny hotel, ale nie brakuje też małych knajpek, gdzie można dostać dobrego białego wina.

       

      DSCF8900.jpg

       

      DSCF8884.jpg

       

      DSCF8904.JPG

       

          Podróż niestety psuły tłumy Chińczyków, którzy oprócz muzułmanów stanowią najliczniejszą grupę turystów. Nie mam nic do Chińczyków, ale ich zachowanie i głośne przekrzykiwanie się w małej przestrzeni wagonika wywoływało we mnie narastającą agresję.

       

         Jednak zakończenie wyprawy było jeszcze bardziej męczące. Nie powiem, że z oszczędności, ale głównie dlatego, że czuliśmy się rozchodzeni w górach, postanowiliśmy kupić bilety tylko w górę, planując zejście w dół relaksową ścieżką.

          Jako wytrawne górołazy daliśmy totalną plamę. Zaćmiło nas i nie przeliczyliśmy różnicy wysokości na godziny. W dodatku zejście nie odbywa się równo po prostej w dół, tylko kluczy wielkimi zakosami. Według standardowego przelicznika mogliśmy potrzebować na to nawet czterech godzin!!!

       

          Zeszliśmy..., Boże, zbiegliśmy w dwie godziny. Gdyby nie zaprawa z Dolomitów i Tyrmand z Ferencym w uchu, trzeba by było wezwać helikopter. To nie RedBull dodał nam skrzydeł, lecz świadomość, że musimy dojechać jeszcze ze 200 km pod Wiedeń i znaleźć nocleg. A była 17.00.

         Jedyną pociechą i rozrywką podczas tego biegu był mijające nas co chwila kolejne pociągi.

         Prawda że wyglądają jak Pico? 

       

      DSCF8905.jpg

       

      DSCF8906.jpg

       

      I to by było na tyle...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      środa, 27 września 2017 18:04
  • czwartek, 21 września 2017
    • Druga część powrotu z wakacji, czyli Austria baśniowa

       

         W drodze powrotnej przez Austrię zaplanowałam jeszcze kilka atrakcji. Jedną z nich miał być niesamowity wąwóz Liechtensteinklamm, z chodnikiem przyklejonym do skały nad rwącą rzeką i ścianami niemal zamykającymi się nad głową.

         Ale tu spotkało nas zaskoczenie i niech będzie pochwalony Google. Już wiem, dlaczego pracownikom zapewnia się tu najlepsze warunki pracy na świecie

         Otóż najeżdżając w google.maps.pl na ów wąwóz zobaczyłam nagle napis "zamknięte". Nigdy się z tym nie spotkałam, żeby na mapie zaznaczano taki fakt. Zaczęłam szperać na austriackich stronach i co się okazało - w maju 2017 część owych stromych skał zarwała się nad głowami turystów. Kilkaset ton kamieni poleciało w dół. Parę osób odniosło niewielkie obrażenia, a 17 zostało uwięzionych i trzeba ich było wydostawać przy pomocy lin. 

         Sytuacja na dzień dzisiejszy wygląda źle. Prawdopodobnie nikt nie chce wziąć na siebie ryzyka i wpuścić tam znów turystów. A naruszenie struktury skał powoduje, że w każdej chwili może się ona oberwać w innym miejscu.

      Tak więc jedna atrakcja nam przeszła koło nosa.

       

          No to pojechaliśmy prosto do Werfen, gdzie stoi rzeczony zamek z poprzedniego wpisu. A nasz pensjonat stoi dokładnie na drodze do drugiej atrakcji Werfen - największej na świecie jaskini lodowej. Eisriesenwelt to ewenement na skalę światową. Długość odkrytych korytarzy to 42 km, z czego jeden kilometr jest stale skuty lodem.

         W wielkim gmachu nabywamy bilety po dość zaporowej cenie 24,- Euro/os. Następnie szosą podchodzimy ok. 20 minut w górę, skąd rozciągają się bajeczne widoki na okolice. Jesteśmy już powyżej 1000 m.

         Te widoki podziwiamy dopiero w drodze powrotnej, ponieważ rano wszystko tonęło w gęstej mgle. W tej mgle doszliśmy do stacji kolejki linowej (chyba najbardziej stromej w Europie), która wwozi nas na wysokość... Tu wychodzimy nad chmury, a to jest to, co tygrysy lubią najbardziej...

       

      DSCF8809.jpg

       

      DSCF8822.jpg

        

         Teraz już niemal w słońcu znów idziemy pieszo dobrze przygotowaną i zadaszoną (w obronie przed kamieniami) ścieżką. Po 15 minutach dochodzimy do wielkiej dziury.

      To wejście do jaskini, na wysokości 1840 m.

       

      DSCF8820.jpg

       

         Do jaskini wchodzi się tylko z przewodnikiem. Dostajemy lampy karbidówki do ręki i ruszamy. Przez 1,15 godz. drapiemy się 700 stopni w górę i tyleż w dół, oglądając niesamowite lodowe formy stalaktyty i stalagmity z lodu. W jaskini jest absolutny zakaz robienia zdjęć, nie miałoby to zresztą sensu, gdyż panują tam ciemności. Oświetlają ją jedynie nasze latarki i magnezja palona przez przewodnika.

       

         Za to całkowicie legalnie można pobrać zdjęcia z ich strony, co niniejszym czynię. Tu oświetlono jaskinię specjalnie.

       

      hymirburg.jpg

       

      hugin.jpg

       

      Friggas_Schleier.jpg

       

      eisformation_2.jpg

       

           Wrażenie jest niesamowite, w połączeniu z ciekawostkami opowiadanymi przez pana. Na przykład to, że doliczono się ok. 5000 "słojów" z lodu, co nie musi odpowiadać faktycznemu wiekowi jaskini.           

         Bywają bowiem mroźne zimy, kiedy jaskinia się zamyka i woda nie ma szansy wcieknąć do środka, żeby utworzyć nową warstwę. Bywają też zimy ciepłe a lata gorące, kiedy cała warstwa potrafi się wytopić i roku jakby nie było.

          Również lodowe "postacie" nie są taki trwałe jak te skalne. Oglądaliśmy "słonia", który właśnie przez ostatnie lato stracił trąbę, za to zaczął mu na plecach wyrastać róg! Może więc być, że za rok-dwa zamiast słonia przewodnik będzie pokazywał turystom "rekina". 

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 września 2017 09:33
  • niedziela, 17 września 2017
    • Powrót z wakacji, czyli Austria jest nieprzyzwoicie piękna...

       

       

         Znając siebie wiedziałam, że po 10 dniach pobytu w Dolomitach (oczywiście jeśli opatrzność okaże się łaskawa względem pogody), będziemy mieli dość łażenia po górach. A że trzeba jakoś wykorzystać pozostałe 2-3 dni urlopu, przysiadłam do wujka Gugla i poszperałam.

       

         Z Dolomitów można wracać dwiema drogami - przez południe Austrii (Klagenfurt, Graz na Wiedeń), lub przez zachodnią Austrię czyli Salzburg.

         Wybrałam drugi wariant, gdyż ziemia Salzburska budziła większe nadzieje na ciekawe turystycznie rzeczy. Nie musiałam długo szukać. Od razu wpadłam na artykuł o skarbach tych okolic i to był trafny wybór.

       

          Sam Salzburg i okolice śmiało wystarczą na tydzień zwiedzania, ale to mamy już za sobą. Ułożyłam więc trasę złożoną z zupełnie nowych miejsc, poczynając od Krimml, oddalonego od naszej dolomickiej Corvary o 175 km.

         Krimml to malutkie miasteczko znane chyba tylko z jednej atrakcji - gigantycznego wodospadu. Wprawdzie jest to dość wąski strumień wody (najwyżej kilka metrów), za to licząc od góry - jeden z najwyższych na świecie. Ma trzy progi i dwukrotnie zmienia kierunek spadania. W sumie to prawie 400 metrów różnicy poziomów!

       Dodam, że Niagara ma "zaledwie" 2 kaskady po 50 metrów.

       

      DSCF8693.jpg

       

            W pobliże wodospadu wchodzi się za 3 Euro/os. Trzeba podejść 10 minut przez las do placu z pamiątkami, skąd widać (a zwłaszcza słychać) jego dno. Nie warto się do niego za bardzo zbliżać, bo podmuch spowodowany spadającą wodą zdziera z człowieka ubranie i żadna folia nie zabezpieczy przed przemoknięciem. O zdjęciach też można zapomnieć.

       DSCF8694.jpg

       

          Znacznie ciekawiej jest iść w górę starannie przygotowaną ścieżką, podziwiając ten żywioł z licznych tarasów widokowych. Tu przynajmniej aparat ma jakieś szanse, bo na dole panuje jedna wielka mgła z rozpylonej wody.

         Proszę zwrócić uwagę na muzułmanki. Są ich tu tłumy. 

       DSCF8730.jpg

       

      DSCF8728.jpg

       

          Po godzinnym drapaniu się ostro w górę dochodzimy do pierwszego przełomu. Można iść dalej, ale byliśmy zmęczeni, mżyło, właściwie najciekawszą część już zobaczyliśmy, a chcieliśmy jeszcze zdążyć na kolejną atrakcję. Sam wodospad wypłaszcza się powyżej drugiego progu i na odcinku kilkuset metrów płynie jako rwąca rzeka. Potem dochodzi się do najwyższego progu, który ma ok. 140 m wysokości, a woda spada z niemal pionowej skały.

       

      DSCF8710.jpg

       

      DSCF8703.jpg 

       

         Jestem lokalną patriotką, ale muszę niestety przyznać, że nasze Wodogrzmoty Mickiewicza, nawet w fazie największych opadów nie mogą się z tym równać.

      Fascynujące przeżycie.

       

         Z Krimml ruszyliśmy na północny wschód i po 110 km dotarliśmy do Werfen.

      Werfen to też nieduże miasteczko, ale strasznie rozpasane z trzech powodów:

      bliskości Bischofshofen, a więc konkursów w skokach narciarskich, zamku Hohenwerfen i gigantycznej lodowej jaskini.

          Tego dnia zdążyliśmy zwiedzić tylko zamek.

       

       DSCF8780.jpg

       

         Jeśli komuś wyda się znajomy, to tak być powinno. Zamek ten posłużył za miejsce akcji filmu "Tylko dla orłów" z 1968 r., gdzie wystąpił pod nazwą Schloss Adler. Jednakże kolejka, którą komandosi wjeżdżają na górę, została wypożyczona z innego zamku. Ten kolejki w czasie kręcenia filmu nie posiadał, zbudowano ją później. jest nowoczesna i strasznie stroma.

       

       DSCF8736.jpg

       

         Sam zamek, jak to zamek, ma swoje ciekawostki, lochy, dzwonnicę, wieżę zegarową, obronne mury, wraz z toaletą dla żołnierzy, czyli dziurą w murze itd.

      Bardziej fascynujące jest otoczenie zamczyska, czyli złowieszczo wiszące nad nim strome alpejskie szczyty.

       

      DSCF8763.jpg

       

      DSCF8775.jpg

       

          Dodatkową atrakcją są tu popisy drapieżnych ptaków, jednak mogliśmy je obejrzeć tylko w swoich kwaterach. One występują tylko dwa razy dziennie. Niech mi ktoś powie, CO TO ZA PTAKI??? Bo przecież nie sokoły! A jakiego innego ptaka (oprócz gołębia) można tak wytresować?

       

      DSCF8758.jpg

      DSCF8760.jpg

       

         Rezerwując nocleg w Werfen kierowałam się głównie ceną, bo jak wspomniałam, miasteczko jest rozwydrzone, a ceny sięgały nieprzyzwoitych poziomów. Znalazłam miły pensjonat Zaismann, który znajduje się na kompletnym odludziu, ale brak cywilizacji kompensuje takim oto widokiem z tarasu:

       

      DSCF8790.jpg

        

           Dodatkową zaletą jest jego położenie w bezpośredniej odległości od drugiej atrakcji, ale o tym następnym razem.

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

       -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 września 2017 17:45
  • piątek, 01 września 2017
    • Czy to tylko skłonność, czy uzależnienie...?

       

       

          Siedzę w schronisku Re Alberto na wysokości 2600 m i gapię się na otaczającą mnie koronę gór w niemym zachwycie.

       

       góry.jpg

       

      To schronisko w dole mijaliśmy pół godziny temu. Teraz jesteśmy 300 m wyżej.

       

      DSCF8384.jpg

       

         Wbrew wszelkim regułom jem strudla z bitą śmietaną....

      Ten strudel wyjątkowo nie składa się wyłącznie z wyrzutów sumienia, tylko z samych jabłek, a śmietana (po włosku "panna) jest bez cukru:)

       

         Żeby się tu znaleźć wstałam o 5,00 (piątej!!!) rano, a o 6.00 wraz z krowami wylegującymi się przy szosie podziwiałam różowy wschód słońca nad Dolomitami.

       

      wschód.jpg

       

      Taki los, kiedy człowiek chce dać dowód miłości i sfilmować małżonka, jak drapie się z przewodnikiem i liną na kolejną z trzech wież Torri del Vajolet.

       

      Torri.jpg

       

         Za sfilmowanie poprzedniej wspinaczki nasz wielebny kolega obiecał, że będzie świadkiem w moim procesie beatyfikacyjnym.

        Nakręciłam włażenie - ile się dało. Potem panowie zniknęli za załomem i tyle ich widziałam. Dadzą znać kiedy wylezą na wierzchołek.

      Tak wygląda dzisiejszy przewodnik, Ricardo:

       

      DSCF8385.JPG

       

         Jem więc strudla i patrzę na moje osmalone słońcem dłonie, a zwłaszcza wypalony na krasno pasek na nadgarstku. Raz popełniłam błąd, zegarek wysokościowy został w aucie, a na ręce mimo blokera 50+ pojawiła się krwista smuga. Cóż, skóra nieprzyzwyczajona...

       

         W górskich buciorach czuję każdy palec. 2 dni temu zaliczyłam zejście z Tofany di Dentro (3228 m) jednym ciągiem. Różnica poziomów 800 m, czas zejścia 3,5 godz. Palce u stóp dostały tak w kość, że nacisk puchowej kołdry do dziś sprawia ból. Cóż, stopy nieprzyzwyczajone...

       

         Mózg za to totalnie wziął sobie wolne. Po czym to poznać? Ano po zmniejszonym zapotrzebowaniu na paliwo. Zawsze słyszałam, że mózg żywi się wyłącznie glukozą. Mój mózg pożera i węglowodany i tłuszcze, a nawet witaminy. W pracy co 3 godziny odczuwam atak wilczego głodu. W górach, mimo morderczego wysiłku fizycznego, jestem w stanie przeżyć dzień na 1-2 kanapkach, bez uczucia ssania w żołądku.

         Ergo - sposobem na rozwiązanie problemu głodu na świecie, jest pozbawienie ludzkości mózgu. Zaczęłabym od naszych rządzących, gdyby ten proces już się samoistnie nie zadział...

       

       

         Ostatni z symptomów, który uświadamia mi, że nie przebywam w swoim zwykłym środowisku - serce wali jak na wyścigach, choć siedzę spokojnie od 15 minut. Domaga się tlenu, którego tu jest o 30% mniej, niż na nizinach. Nie jestem Indianką z Andów, mam tyle czerwonych krwinek ile mam. Za parę dni krew się zagęści, serce zwolni bieg.

         Ale wtedy pewnie trzeba będzie już wyjeżdżać...

      Szkoda.

       

       

      PS. Panowie wrócili. Ledwo zdążyłam rozłożyć papiery, kiedy walkie-talkie zaryczało coś, z czego zrozumiałam, że już zjeżdżają z wierzchołka. Dobrze że zdążyłam ustawić kamerę... Byłby obciach, gdybym przegapiła taki piękny zjazd...

       

       

      Wciąż zapraszam na blog okazjonalny, helenarotwand.bloog.pl.


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 01 września 2017 12:13
  • poniedziałek, 28 sierpnia 2017
    • Urlop!!!!!!!!

       

         Wreszcie i na mnie przyszła pora. Padałam na nos, ale udało się wyjechać po staremu, w Dolomity.

      Znów się zamierzamy powspinać, powisieć na ferratach.

      O tej porze roku przeskakuję na swój górski blog, pod adresem http://helena-rotwand.bloog.pl/

       

          Może zachęci kogoś taki wpis z dzisiaj:

       

          Sassonghera opisałam już rok temu, więc odsyłam do zdjęć i opisu pod adresem

      http://helenarotwand.bloog.pl/id,355941604,title,Melduje-sie-na-posterunku-Sassongher-czyli-diabelska-gora,index.html

          Dziś udało nam się dokończyć to, czemu w perfidny sposób przeszkodziła wówczas pogoda. Znów podeszliśmy żmudnie ścieżką na przełęcz 2445m, po czym 20 minut drapaliśmy się pod ubezpieczoną ścianę. Tam założyliśmy sprzęt jak rasowi turyści, narażając się na uśmieszki ze strony wypasionych Włochów, którzy schodzili już z góry w podkoszulkach i krótkich majtkach.

         W pewnym momencie usłyszałam podobny komentarz ze strony grupy... Polaków, których zastrzeliłam krótkim "cześć". Tak ich zatkało, że dopiero po kilku sekundach wyjąkali "czeeeść...".

       

         Pomyśl człowieku, kiedy obgadujesz innych, że oni przypadkiem mogą cię rozumieć:)))

       

         Okazało się, że nasze przygotowanie może faktycznie było na wyrost, gdyż trasa jest bardzo prosta i w zasadzie na żywca daje się ja zrobić.

      CHYBA ŻE POKROPI!

      W zeszłym roku pokropiło i natychmiast zrobiło się ślisko jak diabli. Ciekawe, jak wtedy śpiewaliby owi mędrcy...

       

         Po przejściu "ferraty" jeszcze 20 minut drapania pod szczyt, a tam już tradycyjnie, kolejny krzyż do kolekcji i zapierająca dech perspektywa 360 st.

       

      DSCF8282.jpg

       

      Widok1.jpg

       

      DSCF8267.jpg

       

        Zejście zajęło nam 1'40 ha. Kolejką w dół i do domu. Teraz tylko wymoczyć nogi w bidecie (z braku miednicy) pełnym zimnej wody i szklaneczka zimnego białego wina. Ufff...

       

      

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 sierpnia 2017 19:21

Kalendarz

Styczeń 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę