Świat na głowie postawiony.

Wpisy

  • czwartek, 21 września 2017
    • Druga część powrotu z wakacji, czyli Austria baśniowa

       

         W drodze powrotnej przez Austrię zaplanowałam jeszcze kilka atrakcji. Jedną z nich miał być niesamowity wąwóz Liechtensteinklamm, z chodnikiem przyklejonym do skały nad rwącą rzeką i ścianami niemal zamykającymi się nad głową.

         Ale tu spotkało nas zaskoczenie i niech będzie pochwalony Google. Już wiem, dlaczego pracownikom zapewnia się tu najlepsze warunki pracy na świecie

         Otóż najeżdżając w google.maps.pl na ów wąwóz zobaczyłam nagle napis "zamknięte". Nigdy się z tym nie spotkałam, żeby na mapie zaznaczano taki fakt. Zaczęłam szperać na austriackich stronach i co się okazało - w maju 2017 część owych stromych skał zarwała się nad głowami turystów. Kilkaset ton kamieni poleciało w dół. Parę osób odniosło niewielkie obrażenia, a 17 zostało uwięzionych i trzeba ich było wydostawać przy pomocy lin. 

         Sytuacja na dzień dzisiejszy wygląda źle. Prawdopodobnie nikt nie chce wziąć na siebie ryzyka i wpuścić tam znów turystów. A naruszenie struktury skał powoduje, że w każdej chwili może się ona oberwać w innym miejscu.

      Tak więc jedna atrakcja nam przeszła koło nosa.

       

          No to pojechaliśmy prosto do Werfen, gdzie stoi rzeczony zamek z poprzedniego wpisu. A nasz pensjonat stoi dokładnie na drodze do drugiej atrakcji Werfen - największej na świecie jaskini lodowej. Eisriesenwelt to ewenement na skalę światową. Długość odkrytych korytarzy to 42 km, z czego jeden kilometr jest stale skuty lodem.

         W wielkim gmachu nabywamy bilety po dość zaporowej cenie 24,- Euro/os. Następnie szosą podchodzimy ok. 20 minut w górę, skąd rozciągają się bajeczne widoki na okolice. Jesteśmy już powyżej 1000 m.

         Te widoki podziwiamy dopiero w drodze powrotnej, ponieważ rano wszystko tonęło w gęstej mgle. W tej mgle doszliśmy do stacji kolejki linowej (chyba najbardziej stromej w Europie), która wwozi nas na wysokość... Tu wychodzimy nad chmury, a to jest to, co tygrysy lubią najbardziej...

       

      DSCF8809.jpg

       

      DSCF8822.jpg

        

         Teraz już niemal w słońcu znów idziemy pieszo dobrze przygotowaną i zadaszoną (w obronie przed kamieniami) ścieżką. Po 15 minutach dochodzimy do wielkiej dziury.

      To wejście do jaskini, na wysokości 1840 m.

       

      DSCF8820.jpg

       

         Do jaskini wchodzi się tylko z przewodnikiem. Dostajemy lampy karbidówki do ręki i ruszamy. Przez 1,15 godz. drapiemy się 700 stopni w górę i tyleż w dół, oglądając niesamowite lodowe formy stalaktyty i stalagmity z lodu. W jaskini jest absolutny zakaz robienia zdjęć, nie miałoby to zresztą sensu, gdyż panują tam ciemności. Oświetlają ją jedynie nasze latarki i magnezja palona przez przewodnika.

       

         Za to całkowicie legalnie można pobrać zdjęcia z ich strony, co niniejszym czynię. Tu oświetlono jaskinię specjalnie.

       

      hymirburg.jpg

       

      hugin.jpg

       

      Friggas_Schleier.jpg

       

      eisformation_2.jpg

       

           Wrażenie jest niesamowite, w połączeniu z ciekawostkami opowiadanymi przez pana. Na przykład to, że doliczono się ok. 5000 "słojów" z lodu, co nie musi odpowiadać faktycznemu wiekowi jaskini.           

         Bywają bowiem mroźne zimy, kiedy jaskinia się zamyka i woda nie ma szansy wcieknąć do środka, żeby utworzyć nową warstwę. Bywają też zimy ciepłe a lata gorące, kiedy cała warstwa potrafi się wytopić i roku jakby nie było.

          Również lodowe "postacie" nie są taki trwałe jak te skalne. Oglądaliśmy "słonia", który właśnie przez ostatnie lato stracił trąbę, za to zaczął mu na plecach wyrastać róg! Może więc być, że za rok-dwa zamiast słonia przewodnik będzie pokazywał turystom "rekina". 

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 września 2017 09:33
  • niedziela, 17 września 2017
    • Powrót z wakacji, czyli Austria jest nieprzyzwoicie piękna...

       

       

         Znając siebie wiedziałam, że po 10 dniach pobytu w Dolomitach (oczywiście jeśli opatrzność okaże się łaskawa względem pogody), będziemy mieli dość łażenia po górach. A że trzeba jakoś wykorzystać pozostałe 2-3 dni urlopu, przysiadłam do wujka Gugla i poszperałam.

       

         Z Dolomitów można wracać dwiema drogami - przez południe Austrii (Klagenfurt, Graz na Wiedeń), lub przez zachodnią Austrię czyli Salzburg.

         Wybrałam drugi wariant, gdyż ziemia Salzburska budziła większe nadzieje na ciekawe turystycznie rzeczy. Nie musiałam długo szukać. Od razu wpadłam na artykuł o skarbach tych okolic i to był trafny wybór.

       

          Sam Salzburg i okolice śmiało wystarczą na tydzień zwiedzania, ale to mamy już za sobą. Ułożyłam więc trasę złożoną z zupełnie nowych miejsc, poczynając od Krimml, oddalonego od naszej dolomickiej Corvary o 175 km.

         Krimml to malutkie miasteczko znane chyba tylko z jednej atrakcji - gigantycznego wodospadu. Wprawdzie jest to dość wąski strumień wody (najwyżej kilka metrów), za to licząc od góry - jeden z najwyższych na świecie. Ma trzy progi i dwukrotnie zmienia kierunek spadania. W sumie to prawie 400 metrów różnicy poziomów!

       Dodam, że Niagara ma "zaledwie" 2 kaskady po 50 metrów.

       

      DSCF8693.jpg

       

            W pobliże wodospadu wchodzi się za 3 Euro/os. Trzeba podejść 10 minut przez las do placu z pamiątkami, skąd widać (a zwłaszcza słychać) jego dno. Nie warto się do niego za bardzo zbliżać, bo podmuch spowodowany spadającą wodą zdziera z człowieka ubranie i żadna folia nie zabezpieczy przed przemoknięciem. O zdjęciach też można zapomnieć.

       DSCF8694.jpg

       

          Znacznie ciekawiej jest iść w górę starannie przygotowaną ścieżką, podziwiając ten żywioł z licznych tarasów widokowych. Tu przynajmniej aparat ma jakieś szanse, bo na dole panuje jedna wielka mgła z rozpylonej wody.

         Proszę zwrócić uwagę na muzułmanki. Są ich tu tłumy. 

       DSCF8730.jpg

       

      DSCF8728.jpg

       

          Po godzinnym drapaniu się ostro w górę dochodzimy do pierwszego przełomu. Można iść dalej, ale byliśmy zmęczeni, mżyło, właściwie najciekawszą część już zobaczyliśmy, a chcieliśmy jeszcze zdążyć na kolejną atrakcję. Sam wodospad wypłaszcza się powyżej drugiego progu i na odcinku kilkuset metrów płynie jako rwąca rzeka. Potem dochodzi się do najwyższego progu, który ma ok. 140 m wysokości, a woda spada z niemal pionowej skały.

       

      DSCF8710.jpg

       

      DSCF8703.jpg 

       

         Jestem lokalną patriotką, ale muszę niestety przyznać, że nasze Wodogrzmoty Mickiewicza, nawet w fazie największych opadów nie mogą się z tym równać.

      Fascynujące przeżycie.

       

         Z Krimml ruszyliśmy na północny wschód i po 110 km dotarliśmy do Werfen.

      Werfen to też nieduże miasteczko, ale strasznie rozpasane z trzech powodów:

      bliskości Bischofshofen, a więc konkursów w skokach narciarskich, zamku Hohenwerfen i gigantycznej lodowej jaskini.

          Tego dnia zdążyliśmy zwiedzić tylko zamek.

       

       DSCF8780.jpg

       

         Jeśli komuś wyda się znajomy, to tak być powinno. Zamek ten posłużył za miejsce akcji filmu "Tylko dla orłów" z 1968 r., gdzie wystąpił pod nazwą Schloss Adler. Jednakże kolejka, którą komandosi wjeżdżają na górę, została wypożyczona z innego zamku. Ten kolejki w czasie kręcenia filmu nie posiadał, zbudowano ją później. jest nowoczesna i strasznie stroma.

       

       DSCF8736.jpg

       

         Sam zamek, jak to zamek, ma swoje ciekawostki, lochy, dzwonnicę, wieżę zegarową, obronne mury, wraz z toaletą dla żołnierzy, czyli dziurą w murze itd.

      Bardziej fascynujące jest otoczenie zamczyska, czyli złowieszczo wiszące nad nim strome alpejskie szczyty.

       

      DSCF8763.jpg

       

      DSCF8775.jpg

       

          Dodatkową atrakcją są tu popisy drapieżnych ptaków, jednak mogliśmy je obejrzeć tylko w swoich kwaterach. One występują tylko dwa razy dziennie. Niech mi ktoś powie, CO TO ZA PTAKI??? Bo przecież nie sokoły! A jakiego innego ptaka (oprócz gołębia) można tak wytresować?

       

      DSCF8758.jpg

      DSCF8760.jpg

       

         Rezerwując nocleg w Werfen kierowałam się głównie ceną, bo jak wspomniałam, miasteczko jest rozwydrzone, a ceny sięgały nieprzyzwoitych poziomów. Znalazłam miły pensjonat Zaismann, który znajduje się na kompletnym odludziu, ale brak cywilizacji kompensuje takim oto widokiem z tarasu:

       

      DSCF8790.jpg

        

           Dodatkową zaletą jest jego położenie w bezpośredniej odległości od drugiej atrakcji, ale o tym następnym razem.

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

       -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 września 2017 17:45
  • piątek, 01 września 2017
    • Czy to tylko skłonność, czy uzależnienie...?

       

       

          Siedzę w schronisku Re Alberto na wysokości 2600 m i gapię się na otaczającą mnie koronę gór w niemym zachwycie.

       

       góry.jpg

       

      To schronisko w dole mijaliśmy pół godziny temu. Teraz jesteśmy 300 m wyżej.

       

      DSCF8384.jpg

       

         Wbrew wszelkim regułom jem strudla z bitą śmietaną....

      Ten strudel wyjątkowo nie składa się wyłącznie z wyrzutów sumienia, tylko z samych jabłek, a śmietana (po włosku "panna) jest bez cukru:)

       

         Żeby się tu znaleźć wstałam o 5,00 (piątej!!!) rano, a o 6.00 wraz z krowami wylegującymi się przy szosie podziwiałam różowy wschód słońca nad Dolomitami.

       

      wschód.jpg

       

      Taki los, kiedy człowiek chce dać dowód miłości i sfilmować małżonka, jak drapie się z przewodnikiem i liną na kolejną z trzech wież Torri del Vajolet.

       

      Torri.jpg

       

         Za sfilmowanie poprzedniej wspinaczki nasz wielebny kolega obiecał, że będzie świadkiem w moim procesie beatyfikacyjnym.

        Nakręciłam włażenie - ile się dało. Potem panowie zniknęli za załomem i tyle ich widziałam. Dadzą znać kiedy wylezą na wierzchołek.

      Tak wygląda dzisiejszy przewodnik, Ricardo:

       

      DSCF8385.JPG

       

         Jem więc strudla i patrzę na moje osmalone słońcem dłonie, a zwłaszcza wypalony na krasno pasek na nadgarstku. Raz popełniłam błąd, zegarek wysokościowy został w aucie, a na ręce mimo blokera 50+ pojawiła się krwista smuga. Cóż, skóra nieprzyzwyczajona...

       

         W górskich buciorach czuję każdy palec. 2 dni temu zaliczyłam zejście z Tofany di Dentro (3228 m) jednym ciągiem. Różnica poziomów 800 m, czas zejścia 3,5 godz. Palce u stóp dostały tak w kość, że nacisk puchowej kołdry do dziś sprawia ból. Cóż, stopy nieprzyzwyczajone...

       

         Mózg za to totalnie wziął sobie wolne. Po czym to poznać? Ano po zmniejszonym zapotrzebowaniu na paliwo. Zawsze słyszałam, że mózg żywi się wyłącznie glukozą. Mój mózg pożera i węglowodany i tłuszcze, a nawet witaminy. W pracy co 3 godziny odczuwam atak wilczego głodu. W górach, mimo morderczego wysiłku fizycznego, jestem w stanie przeżyć dzień na 1-2 kanapkach, bez uczucia ssania w żołądku.

         Ergo - sposobem na rozwiązanie problemu głodu na świecie, jest pozbawienie ludzkości mózgu. Zaczęłabym od naszych rządzących, gdyby ten proces już się samoistnie nie zadział...

       

       

         Ostatni z symptomów, który uświadamia mi, że nie przebywam w swoim zwykłym środowisku - serce wali jak na wyścigach, choć siedzę spokojnie od 15 minut. Domaga się tlenu, którego tu jest o 30% mniej, niż na nizinach. Nie jestem Indianką z Andów, mam tyle czerwonych krwinek ile mam. Za parę dni krew się zagęści, serce zwolni bieg.

         Ale wtedy pewnie trzeba będzie już wyjeżdżać...

      Szkoda.

       

       

      PS. Panowie wrócili. Ledwo zdążyłam rozłożyć papiery, kiedy walkie-talkie zaryczało coś, z czego zrozumiałam, że już zjeżdżają z wierzchołka. Dobrze że zdążyłam ustawić kamerę... Byłby obciach, gdybym przegapiła taki piękny zjazd...

       

       

      Wciąż zapraszam na blog okazjonalny, helenarotwand.bloog.pl.


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 01 września 2017 12:13
  • poniedziałek, 28 sierpnia 2017
    • Urlop!!!!!!!!

       

         Wreszcie i na mnie przyszła pora. Padałam na nos, ale udało się wyjechać po staremu, w Dolomity.

      Znów się zamierzamy powspinać, powisieć na ferratach.

      O tej porze roku przeskakuję na swój górski blog, pod adresem http://helena-rotwand.bloog.pl/

       

          Może zachęci kogoś taki wpis z dzisiaj:

       

          Sassonghera opisałam już rok temu, więc odsyłam do zdjęć i opisu pod adresem

      http://helenarotwand.bloog.pl/id,355941604,title,Melduje-sie-na-posterunku-Sassongher-czyli-diabelska-gora,index.html

          Dziś udało nam się dokończyć to, czemu w perfidny sposób przeszkodziła wówczas pogoda. Znów podeszliśmy żmudnie ścieżką na przełęcz 2445m, po czym 20 minut drapaliśmy się pod ubezpieczoną ścianę. Tam założyliśmy sprzęt jak rasowi turyści, narażając się na uśmieszki ze strony wypasionych Włochów, którzy schodzili już z góry w podkoszulkach i krótkich majtkach.

         W pewnym momencie usłyszałam podobny komentarz ze strony grupy... Polaków, których zastrzeliłam krótkim "cześć". Tak ich zatkało, że dopiero po kilku sekundach wyjąkali "czeeeść...".

       

         Pomyśl człowieku, kiedy obgadujesz innych, że oni przypadkiem mogą cię rozumieć:)))

       

         Okazało się, że nasze przygotowanie może faktycznie było na wyrost, gdyż trasa jest bardzo prosta i w zasadzie na żywca daje się ja zrobić.

      CHYBA ŻE POKROPI!

      W zeszłym roku pokropiło i natychmiast zrobiło się ślisko jak diabli. Ciekawe, jak wtedy śpiewaliby owi mędrcy...

       

         Po przejściu "ferraty" jeszcze 20 minut drapania pod szczyt, a tam już tradycyjnie, kolejny krzyż do kolekcji i zapierająca dech perspektywa 360 st.

       

      DSCF8282.jpg

       

      Widok1.jpg

       

      DSCF8267.jpg

       

        Zejście zajęło nam 1'40 ha. Kolejką w dół i do domu. Teraz tylko wymoczyć nogi w bidecie (z braku miednicy) pełnym zimnej wody i szklaneczka zimnego białego wina. Ufff...

       

      

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 sierpnia 2017 19:21
  • czwartek, 10 sierpnia 2017
    • Trzymajcie się z dala od "SYMPATII"!

       

          Obiecałam pewnemu portalowi, że go obsmaruję na blogu i słowa dotrzymam.

       Albowiem "chamstwu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom ...."

       

         Przede wszystkim osobom niepraktykującym wyjaśniam, iż życie na portalach typu "Sympatia" naprawdę nie ogranicza się do szukania okazji na szybki numerek. Wbrew pozorom loguje się tam sporo osób, które nie  szukają trwałych związków czy seksualnych przygód, a jedynie pragną poznać kogoś tak zwyczajnie do pogadania. Przecież oprócz zawierania znajomości można tam np. prowadzić blogi, albo wdawać się w zacięte dyskusje, jak na innych forach.

       

         Życie osób, które tam trafiają, to często praca-dom-praca-dom. Jeśli ktoś ma trochę więcej ambicji i potrzeb towarzyskich, gdzie ma poznać nowe twarze?

      Ano, na przykład na takim portalu.

       

         Pisząc książkę też skorzystałam z tej możliwości. Zaowocowało to paroma świetnymi znajomymi, z niektórymi utrzymuję kontakt do dziś.

       

         Ostatnio postanowiłam odświeżyć swój profil na Sympatii, gdyż poprzednie zdjęcie ściągało zbyt wielu popaprańców, którzy zaśmiecali mi skrzynkę. Ponieważ od wielu miesięcy nie płaciłam abonamentu, uiściłam zawrotną kwotę 25 zł za 3 miesiące, zmieniłam zasadniczo opis i po długich rozmyślaniach zdecydowałam się jako profilowe wstawić zdjęcie z gór (a jakże!), w kasku i ciemnych okularach.

       

         Nie mam pojęcia o co chodziło moderatorom z Sympatii, ale po wielu godzinach czekania przeczytałam, że to zdjęcie zostało odrzucone (!!!). Nie nadaje się!

       

         Potraktowałam to jako oczywistą pomyłkę, więc napisałam do BOK-u pytanie, co im nie pasuje. Wszak ludzie wstawiają na S. przeróżne zdjęcia, ubrane lub półnagie, w okularach i bez.

      Moje pytanie zostało odczytane, ale odpowiedź nie przyszła.

         Napisałam ponownie, bardziej już wkurzona, rezultat był ten sam, czyli żaden.

       

         Sytuacja stała się patowa. Nie da się tam zadzwonić, bo numeru nigdzie nie podają. Pisać można tylko przez stronę, a to nie daje żadnej gwarancji kontaktu. Mój ostatni mail w ogóle nie został odczytany (przynajmniej nie mam potwierdzenia).

         Można walić głową w mur, a Sympatia na to gwiżdże. Niby pieniądze nieduże, ale jednak umoczone. I to nie w przekręcie na wnuczka, czy buchnięte przez hakera, lecz  w majestacie prawa, na portalu, który chełpi się posiadaniem siedmiu milionów klientów (???).

       

         Cóż, poddałam się. Zlikwidowałam swój profil na Sympatii, życząc obsłudze, żeby się udławiła moimi dwudziestoma pięcioma złotymi.

       

         Teraz mogę tylko poradzić wszystkim zainteresowanym, żeby poszukali sobie innego kawałka podłogi. Jest ich wiele. Może są tam inne ciekawe opcje.

         Bo z niezrozumiałych powodów blogi na Sympatii z dnia na dzień zostały zlikwidowane i wyparowały w kosmos. To był pierwszy sygnał, że coś z tym portalem jest nie tak.

       

         A ludziom naprawdę czasem zależy na zwykłej wymianie myśli. 

      Może nie tak publicznie jak na Facebooku, tylko bardziej prywatnie.

         Ale widocznie Sympatii nie chodzi o takie łączenie ludzi. Może odpowiada jej wyłącznie rola sutenera, prowadzącego wirtualny burdel? Dlatego zdjęcie we wspinaczkowym rynsztunku nie pasuje do obrazka...

       

      Szkoda.

       

      Tak apropos, moją książkę nadal można kupić w sieci.

      "Opętanie, czyli zgubne skutki masażu stóp".

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Trzymajcie się z dala od "SYMPATII"!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 sierpnia 2017 13:24
  • piątek, 21 lipca 2017
    • Srebrne, złote, diamentowe...

        Żeby nie było, że zgłupiałam do reszty przy moich dzieciach z Otwocka, zrobię małą woltę w drugą stronę, czyli będzie o staruszkach.

         Konkretnie chciałam podpowiedzieć, jak wprawić w euforię swoich rodziców, dziadków, czy innych trochę wiekowych bliskich, organizując im uroczysty jubileusz małżeństwa.

         Nieważne, czy to rubinowe, złote czy diamentowe gody. Każdy pretekst jest dobry, żeby poświętować.

       

      Sygnalizowałam to już na:

      http://helena-rotwand.bloog.pl/id,360151234,title,Jubileusz-rodzicow-audiobooki-i-porzadki-w-szafie,index.html

       

         Zaczęłam od Urzędu Gminy, który okazał się Urzędem Dzielnicy Ursynów, ale jak zwał tak zwał.

         Urząd wprawdzie nie miał żadnych doświadczeń z takimi uroczystościami, niemniej pani Iwona Janowska konstruktywnie podeszła do tematu. Postanowiła wykorzystać go do promocji dzielnicy i machina ruszyła.

       

       

         Urząd udostępnił nam dużą salę z rzutnikiem i sprzętem nagłaśniającym, tudzież inne przedmioty, dzięki czemu mogłam np. zawiesić duże zdjęcia z życia rodziców na sztalugach.

       

      IMG_4720.jpg

       

         Siostra przygotowała wspaniały catering i można było zaczynać.

       

          Do dziś mnie telepie z emocji, bo pierwszy raz organizowałam taką imprezę. Mama próbowała ze mnie wyciągnąć, co knuję, bezskutecznie. Byłam twarda jak głaz, wszystkich gości zapraszałam sama.

       

         Miasto Warszawa próbowało nam storpedować cały plan, organizując dokładnie w tym dniu dwa gigantyczne maratony po obu stronach Wisły. I znów dzięki pani Iwonie (kocham Panią, Pani Iwonko!) udało się jakoś wyminąć blokady, podjechać pod Urząd Dzielnicy pod prąd i dotrzeć do celu z cateringiem i gośćmi.

       

         Na uroczystości pojawiło się aż DWÓCH Burmistrzów oraz 2 panie z Urzędu, choć była to niedziela. Dojechał także fotograf z lokalnego portalu internetowego, który jako pierwszy dopadł moją Mamę na schodach i wycisnął z niej krótki wywiad.

       

       IMG_5834.jpg

       

      IMG_6032.jpg

       

         Nooo, żebym ja się z internetu musiała dowiadywać, że Tata nie był miłością od pierwszego wejrzenia mojej Mamy…, doprawdy.

       

         A potem poszło sprawnie. Burmistrzowie wręczyli Rodzicom piękny bukiet róż i grawerowaną szklaną statuetkę.

      Ja wygłosiłam krótki speach o aniołach i męczennikach.

         Potem włączyliśmy z rzutnika pokaz slajdów – dziesięciominutowy przegląd życia Rodziców, na podkładzie ułożonym z przebojów muzycznych lat minionych, od Piotra Szczepanika począwszy, przez wysoką poezję typu „Przeżyłam z Tobą tyle lat”, po Edyty Bartosiewicz  „Trudno tak”.

       

       IMG_5890.jpg

       

          A potem było jeszcze zbieranie podpisów od wszystkich obecnych na pięknej karcie wykonanej przez Aloshę http://przy-kominku.blog.onet.pl/

       

      DSCF7880.jpg

       

         Wreszcie jedzonko i do domu.

       

         Ale to nie był koniec sensacji związanych z 60-tym jubileuszem. Przegapiliśmy 50-tkę, więc trzeba to było naprawić. Ursynowski USC wysłał do odpowiednich organów wniosek o medal za długotrwałe pożycie.

         Przyznaje go - niestety – Prezydent RP, ale wręcza – na szczęście – Prezydent miasta.

       

         Uroczystość odbyła się w Pałacu Ślubów na Starym Mieście, gdzie sama przed laty omal nie zaliczyłam porzucenia, albowiem przyszły Pan młody się spóźnił.

         Ale zdążył.

       

         Zgromadzono ok. 20 sędziwych par, plus trochę gości. Pani Hanna wyglądała promiennie, jakby cały jazgot i oszczerstwa w ogóle jej nie obchodziły. Uroczo przemawiała do każdej pary, przypinając im do klap różowe wstążeczki z medalem. Był szampan i ciasteczka, były selfie z roześmianą panią Prezydent, a także zdjęcia robione przez zawodowego fotografa, które mają być wysłane do Jubilatów pocztą. Wszystko w pakiecie.

       

       DSCF3615.jpg

       

      DSCF8031.JPG

       

      DSCF3682.jpg

       

      DSCF8043.jpg

       

         I to koniec adrenaliny na ten rok! Następna taka impreza za 10 lat, tak zapowiedziałam moim Rodzicom.

      A że wyglądają pięknie i młodo, to nie są to słowa na wiatr.

       

      PS. Gwoli informacji – obie imprezy nie kosztowały ani złotówki, nie licząc cateringu. Wszystko udało się zorganizować dzięki dobrej woli paru osób i organizacji.

      PS 2. Wpis niniejszy służy jedynie informacji i podpowiada to i owo. Komentarze pochwalne pod moim adresem będą bezlitośnie usuwane😊

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Srebrne, złote, diamentowe...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 21 lipca 2017 21:36
  • niedziela, 09 lipca 2017
    • Kangurzyca czyli najlepsze lekarstwo na spięcia. Wszelkie.

       

       

         Wakacje w pełni.

         Co prawda dla mnie to bez różnicy, bo jedyne dzieci z którymi mam teraz do czynienia, do szkoły jeszcze długo nie pójdą.

       

         O TYCH dzieciach mogę gadać bez ustanku. Co tydzień obiecuję sobie, że w tym tygodniu dwa razy  nie pojadę, bo mam co innego do roboty. A potem pytam sama siebie: A cóż to mam takiego ważnego do zrobienia, skoro akurat nie muszę jechać do pracy, a obiad przygotuję w 15 minut?

       

         Życie w Ośrodku IOP w Otwocku toczy się swoim trybem, ale są oczywiście pewne rytuały. Jedne mniej męczące, inne bardziej.

         Są  dzieci „trudniejsze”, częściej płaczące, z problemami zdrowotnymi, które trzeba czasem po prostu zabrać na dwór, żeby dały odetchnąć innym. A sam spacer nie jest problemem, dzieci przeważnie natychmiast się uspokajają, z reguły szybko zasypiają.

         Problemem jest nawierzchnia wokół szpitala, która nie pozwala poruszać się po cichu i sprawnie. Dziury w asfalcie, dziury w leśnych dróżkach za szpitalem, tudzież miliony szyszek na drodze powodują, że dziecko niemal wylatuje mi w powietrze na każdym wyboju.

       

         Łatwiej jest siedzieć na tarasie mając pod opieką w porywach do 10 wózków. Dobrze, jeśli chociaż 60 % śpi.

         Gorzej, jeśli nie śpi żadne...:-)

       

         Tak czy siak, przez ostatnie 3 miesiące spędziłam więcej czasu „na powietrzu”, niż przez ostatnie 3 lata, nie licząc urlopu.

         Słowo „powietrze” oczywiście nabrało w ostatnich miesiącach nowego znaczenia. Po raz pierwszy zaczęłam sprawdzać jakość powietrza w danej okolicy i czasem obserwuję szokujące rzeczy. Na przykład tydzień temu dwa zaznaczone na czerwono miejsca to był punkt koło Łodzi i … właśnie Otwock.

      Dawne uzdrowisko! Karramba!

         Na szczęście to się zdarza rzadko. Tak czy siak weszło mi już w nawyk sprawdzanie aktualnej sytuacji na

      http://powietrze.gios.gov.pl/pjp/current

      zwłaszcza, kiedy planuję pobiegać.

       

          Oczywiście głównym powodem częstszych przyjazdów jest czuły kontakt z tymi małymi łebkami. Kiedy biorę rozdzierająco płaczącego malca na ręce, a on nie tylko się uspokaja, ale natychmiast zasypia na moim łokciu, uchylając tylko czasem jedno oko, żeby się upewnić, czy wciąż jestem…

         Co tu gadać,  sami rozumiecie… Wosk i kałuża.

        

         Ostatnio doświadczyłam czegoś nowego - zostałam mamą kangurzycą. Zawsze z podziwem patrzyłam na kobiety z dużą wypukłością na brzuchu, które nie tracą kontaktu z maleństwem, mając jednocześnie obie ręce wolne.   

         Bo wiązanie chusty to nie tylko moda. To fantastyczne ułatwienie życia, kiedy naprawdę trzeba coś zrobić, czy choćby się przemieszczać z siatami w rękach. Tyle że wymaga dużych umiejętności, a najlepiej pomocy innej osoby.  Mnie zamotała pewna pani, a potem przez godzinę tworzyłam z 3-miesięczną P. jeden organizm. Miałam wrażenie, że nawet serca biją nam w tym samym rytmie, choć to niemożliwe.

         Ona spała jak kamień, ja mogłam bujać dwa inne wózki. To się nazywa racjonalizacja pracy!

         A że wygląda się trochę jak słonica w ciąży... A co tam!

       

      DSCF8015b.jpg

       

         Ostatnio mieliśmy hardcore - biegunka na pokładzie! Nie wiadomo,  kto przywlókł francę, w każdym razie trójka moich maluchów chorowała na przemian. Boże, dlaczego dałeś mi tylko 2 ręce???

         Każdego umyć, ubrać w suche, i utulić, żeby zasnął, a następne płaczą w niebogłosy… Matko!

       

         W takich chwilach naprawdę czuję się potrzebna.

      I  szczęśliwa i wyluzowana jak kaczka na półmisku.

      I ziewam jak smok wawelski wracając po 3-4 godzinach do domu.

       

      Więc proszę nie pisać, że to godne podziwu, że poświęcenie...

       

      Żadne poświęcenie, to sama przyjemność. :-))

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 lipca 2017 09:00
  • wtorek, 20 czerwca 2017
    • Jadwiga, czyli "Jej podróże z lotką"

       

       P1050091.jpg

       

          Poznałam Jadwigę kilka lat temu, kiedy zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem i książką. Z naszego pierwszego spotkania wyniosłam taki jej wizerunek: urocza, zadbana starsza pani z fryzurą w idealnym odcieniu siwizny, serwująca wybitne ciasto (dietę trafił szlag) i zimową herbatę z kardamonem w pięknej porcelanie, która opowiadając mi o swoim następcy bodaj w Związku Badmintona użyła takich oto słów (przepraszam, cytuję):


      - Helenko, jak on mnie wtedy zjebał...
       
         Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak osłupiałam.
      Ale to jest właśnie cała Jadwiga. Kulturalna do bólu, oczytana, wrażliwa, ale i silna, odważna, klnąca jak szewc.

         Poprosiła mnie o zrecenzowanie jej książki „Moje podróże z lotką”, nie wiedząc co czyni. Albowiem ja na sporcie nie znam się w ogóle. Mało tego - sport mnie zupełnie nie interesuje, a to stoi jakby w sprzeczności z sensem życia Jadwigi.
         Ale mówi się trudno. Spróbuję.

         Bałam się, że książka będzie traktować wyłącznie o sporcie, ale co najmniej jedna trzecia opowiada o zawiłych losach najbliższej rodziny, a potem i samej Jadwigi od chwili narodzin. Ta część wzbudziła we mnie ciepłe wspomnienia, bo tak jak ona byłam wysyłana na wieś do dziadków i tak samo czekałam na chleb skropiony wodą i posypany cukrem.
         Wprawdzie nie doświadczyłam takich przygód, jak upicie świń wiśniami z nalewki czy sikanie (w celu dezynfekcji) na stopę przebitą widłami, ale pewnie nikt poza Jadwigą takich przygód nie miewa :-)
       
         Generalnie jeśli ktoś rodzi się akurat podczas bombardowania (w 1945) - jakby nie mógł poczekać dzień lub dwa - z definicji stworzony jest do tego, żeby biec. Ona nie mogła zostać księgową, bibliotekarką czy manicurzystką. Ani malarką, hafciarką ani nawet pracownikiem naukowym PAN.
         Ona musiała iść na wojnę z urzędami, robić karierę, szaleć po świecie, rewolucjonizować sport, tworzyć w Polsce nową dziedzinę olimpijską.

         Nie została światowej sławy muzykiem, choć grała od małego, bo to pewnie było dla niej zbyt statyczne. Nie poszło jej na studiach prawniczych - chyba z tych samych powodów.

         Skoro zajęła się sportem - to przecież NIE SZACHAMI, na Boga!

         Czytając jej biografię dochodzę do rewolucyjnego wniosku: Jadwiga nie jest normalnym człowiekiem! Podejrzewam, że ma układ ze swoimi kotami, które za odpowiednią opłatą użyczają jej swoich żyć.
         Nie jest bowiem normalne, żeby jedna osoba, nawet jeśli urodzona w czepku, pomieściła w swoim życiorysie tyle zdarzeń, tyle zwrotów akcji, wychodząc cało nie tylko z porodu. Oblanie paliwem i podpalenie przez rodzonego ojca (oczywiście niechcący) to tylko jeden przykład.
         Tłukła się już z chłopakami w szkole i całe jej dzieciństwo potwierdza tezę, że lanie dziecka w dupę nie działa.
      W porównaniu z jej przygodami Pipi Langstrumpf to prymuska z kółka różańcowego.

         No, a jej kariera w organizacjach sportowych to już materiał na parę książek. Ludzie z branży na pewno z przyjemnością powspominają wydarzenia, które opisuje. Przy czym oczywiście byłoby za proste, gdyby ograniczyła się do jednej dziedziny sportu. Ależ nie, od instruktorki judo przeszła do szermierki, żeby wreszcie zająć się badmintonem. Zapewniła sobie w ten sposób czytelników z trzech różnych dziedzin :-)))
       
         Dla mnie jako ignorantki nie interesującej się sportem, a co dopiero jego historią, najciekawsze są wspomnienia z czasów zatęchłej komuny, kiedy zdobycie biało-czerwonych dresów na międzynarodowe zawody było jak wejście na Mount Everest. Jadwiga z lekkością opisuje zorganizowanie żarówek dla doświetlenia hali, tkaniny na zasłony, rakietek i lotek do badmintona, czy prowiantu do wykarmienia drużyny, chociaż każdy kto pamięta lata 70-80-te może sobie wyobrazić, Ale jeśli było się osobistą współpracownicą jednego z dwóch największych szpiegów PRL...jak tytaniczna była to praca.

         Ale jeśli było się osobistą współpracownicą jednego z dwóch największych szpiegów PRL...

       
         Przy czym nasza autorka nie wykazuje się fałszywą skromnością, z dumą opowiadając o swoich OSOBISTYCH sukcesach w tej dziedzinie. Nie przeszkadza mit to, gdyż akurat lubię i cenię kobiety, które znają swoją wartość i umieją się pochwalić. W końcu nie każdy wpadłby na to, żeby do zawieszenia żarówek na wysokości 11-12 metrów wynająć Związek Alpinizmu…

         Cóż dodać? Cieszę się, że energia Jadwigi została skanalizowana chociaż na chwilę, znajdując ujście w tej książce.
      Bo kiedy zaprowadziłam ją do swojego rehabilitanta (niby ma problemy ze stelażem, ha, ha), to w pewnym momencie musiałam ryknąć, żeby zaczęła chociaż trochę wyglądać na chorą, bo nas wyrzucą z przychodni jako symulantki.
       
         Jadwiga przeżyje nas wszystkich i pewnie jeszcze niejedno napisze.:-))

      No, ale jak się ma takie koty…

       

      Blog:  http://www.okiemjadwigi.pl/

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 czerwca 2017 14:15
  • środa, 14 czerwca 2017
    • Ciszej nad tą trumną czyli moje rozważania nad terroryzmem.

       

       

         Nie, nie będzie o Smoleńsku, o przymusowych ekshumacjach i szarganiu pamięci tych, co tragicznie zginęli.

       

         Od jakiegoś czasu dręczy mnie pytanie, jak media wpływają na rzeczywistość w kontekście ataków terrorystycznych.

       

         Nas to na szczęście jeszcze nie dotyka, ale tak sobie myślę bardziej globalnie i dochodzę do wniosku, że – mogę się mylić -  najmądrzejszym posunięciem w obecnej sytuacji  byłby całkowity zakaz relacji z pola bitwy.

       

         Wiem, że to prawie niemożliwe, bo media żyją każdym zamachem, mniejszym czy większym, przez co najmniej  tydzień i ciężko im będzie wydrzeć taką gratkę.

         Ale skutki tego są niestety daleko bardziej tragiczne, niż tylko wzbudzanie w ludziach strachu i paniki, czy nakręcanie ksenofobii i rasistowskich gestów, takich jak wyrzucenie z autobusu czarnoskórego mężczyzny.

       

         Dużo gorsze jest nieświadome prowokowanie dalszych zamachów. 

       

          Weźmy jakiegoś życiowego nieudacznika, klepiącego biedę na bezrobociu, czy pracującego fizycznie bo nie chciał się uczyć, choć państwo (W. Brytania, Francja, Niemcy etc.) stworzyło mu ku temu warunki. Tydzień po tygodniu ogląda on w telewizji i na czołówkach gazet portrety innych nieudaczników, którzy nagle urośli do rangi bohaterów. Wprawdzie bohaterów mediów, ale zawsze bohaterów.

         Nasz nieudacznik widzi, z jakim zapałem media śledzą rodzinę tamtego, historię jego życia, przepytują sąsiadów i nauczycieli i wałkują, ględzą w kółko na ten temat, wciąż pokazują zdjęcia ofiar zamachu, paniki, krwi.

       

          I przychodzi mu do głowy pomysł, żeby choć raz w życiu tak znaleźć się w centrum zainteresowania. Zaistnieć jak Herostrates, sprawić, że mówi o nim cały świat a ilość ludzi, która pozna jego nazwisko będzie się liczyła – bez przesady – w miliardach.

       

         Prawda że kuszące?

       

         Zwłaszcza, że nie każdy terrorysta wysadza się od razu w powietrze. Część z nich przez jakiś czas nawet unika schwytania.

       

          Co by było, gdyby o zamachu wiedzieli tylko najbliżsi uczestnicy, ich rodziny i Policja? Gdyby nie upubliczniano żadnych portretów, krwawych szczegółów, powiązań? Gdyby żadne ISIS nie mogło wypinać piersi i „przyznawać” się do zamachu, bo nikt by go nie pytał, ani nie podawał dalej?

       

         Nie wiem, czy medialna wrzawa przy okazji każdego zamachu choćby w jednym promilu przyczyniła się do szybszego schwytania sprawcy lub jego zleceniodawców. Czy oprócz epatowania dramatycznymi obrazkami cokolwiek dobrego ona wnosi? Myślę że wątpię…

       

         Zwłaszcza, że jak wielokrotnie już podawano, liczba ofiar zamachów terrorystycznych w Europie od lat 70-tych znacznie przewyższała dzisiejszą. Wystarczy spojrzeć na to zestawienie:

       

      http://www.wykop.pl/ramka/3085993/ofiary-atakow-terrorystycznych-w-europie-od-1970-roku/

       

         Liczba ofiar IRA, ETA, Baader-Meinhof i innych przekraczała 400 osób rocznie! Wobec tych liczb obecne ataki w których ginie 5 czy 25 osób, z całym szacunkiem, to nie tak wiele.  Ale wtedy nie było internetu, zaś terroryści byli dużo bardziej bezczelni. Porywali się na premierów, kanclerzy, ministrów.

         Dziś każdy atak, nawet jeśli jego zasięg jest znikomy, urasta do rangi III wojny światowej.

      A przecież dokładnie o to chodzi prawdziwym zbrodniarzom.

       

          Dzisiejsi terroryści to w ogromnej masie owi nieudacznicy, nawet niespecjalnie religijni, co zostało udowodnione. Nie islam popycha ich do ataków, tylko wpływ silniejszych przywódców, którzy obiecują im gruszki na wierzbie (dziewice w raju, tratata) w miejsce dzisiejszej beznadziei. No i ta sława...

       

         Może by tak spróbować odciąć ich chociaż od tej sławy? Od informacji, ile wyrządzili zła, od widoku zakrwawionych ludzi, płaczących dzieci. Nie podawać nawet ilości ofiar. Niech zamachowcy, jeśli żyją, lub ich towarzysze zastanawiają się, czym właściwie skończył się ten zamach. Czy warto było?

         Obywatelom nic się złego nie stanie, jeśli przestanie się ich straszyć. Mam wrażenie, że wręcz może im się polepszyć. Bo co się dzieje, kiedy ludzie się boją podczas koncertu czy meczu? Ano mają miejsce takie tragedie jak w Manchesterze, kiedy niewinny hałas wywołał panikę z tragicznymi skutkami.

       

      Mylę się?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      środa, 14 czerwca 2017 17:07
  • sobota, 03 czerwca 2017
    • Podsumowanie, ale tak, żeby nie zanudzić...

       

       

          Chciałabym jakoś zgrabnie podsumować tę środkową Hiszpanię, ale łatwo nie jest. Bo też zauważyliśmy sporo rzeczy, które kłócą się z utrwalonymi stereotypami.

         Na niekorzyść dzisiejszej Hiszpanii (przynajmniej Madrytu i okolic) świadczy kiepska organizacja i dość odczuwalne olewanie turystów. Brak informacji na temat godzin otwarcia i ilość obiektów zamkniętych na głucho, bez szans na otwarcie (trawa porastająca wejście o czymś świadczy) jest wkurzająca i zniechęca do dalszego eksplorowania miasteczka.

         W Alcali na przykład bardzo chciałam zwiedzić Palazetto Laredo, ale brama wejściowa była zamknięta, bez żadnej tabliczki. Spróbowaliśmy następnego dnia, była otwarta. Hurra! 

         Ale sam obiekt dalej był zamknięty dla zwiedzających, tyle że informacja o godzinach otwarcia była ukryta głęboko na drzwiach pałacyku. Gdyby wisiała na zewnątrz,  poczekalibyśmy wczoraj pół godziny, kiedy drzwi otwarto. Ale skąd mieliśmy o tym wiedzieć?

       

      To pałac z zewnątrz:

       

      DSCF7497.jpg

       

      To po wejściu na teren

       

      DSCF7500a.jpg

       

      A na tych drzwiach z prawej wisiała kartka o godzinach oprowadzania:

       

      DSCF7500b.jpg

       

         Nie wiem, czy to skutek kryzysu, ale pierwszy raz mi się zdarzyło, żebym z listy obiektów do zwiedzenia w jednym mieście z siedmiu pozycji musiała wykreślić pięć, bo były martwe.

       

         Kryzys widać także w gastronomii. Z żalem obserwowaliśmy smutnych kelnerów omiatających z niewidocznych pyłków dziesiątki pustych stolików, przy których niemal nikt nie siadał, nawet w porze lunchu czy wieczornego biesiadowania. I to w najbardziej przelotowych miejscach, w tak uczęszczanych miastach jak Toledo czy Segowia, 200 metrów od katedry.

       

         Samych turystów nie brakowało, choć to dopiero maj. Ale mało chętni oni byli żeby się rozsiadać. Zwłaszcza, że powoli grupą dominującą w strumieniu smartfonów i tabletów, wyciągniętych do selfie, stają się… Chińczycy.

      Można ich rozpoznać na kilometr, nie da ich się pomylić z Japończykami.

       

         Chińczycy nie tylko przyjeżdżają zwiedzać, oni się tu masowo osiedlają. Na każdej ulicy można znaleźć 1-2 sklepiki z żywnością, pamiątkami, zabawkami, prowadzonymi przez chińską rodzinę. Przeważnie czynne całą dobę. Do tego też musieliśmy się przyzwyczaić. Chiński torreador jakoś nie mieści się w kanonie urody tutejszej :))

       

          Pozytywnie zaskoczył nas spokój tubylców, zupełnie nie pasujący do śródziemnomorskiego temperamentu.

         Dla przykładu dwie scenki: znaleźliśmy w Alcali dobre miejsce na parking, a kiedy mieliśmy odjeżdżać jakaś pani zapytała z samochodu, czy miejsce będzie wolne. Odpowiedziałam, że za 5 minut, bo mąż zaraz przyjdzie. Na co ona, że zaczeka.

         No i zaczekała, stojąc centralnie na wąskiej uliczce i blokując ruch setce samochodów. Żaden klakson się nie rozdarł. Ludzie spokojnie odczekali, aż ona zajmie nasze miejsce.

         Drugi przykład: mąż chciał sfotografować dane adresowe restauracji flamenco, więc stał na środku innej wąskiej uliczki i przymierzał się do zdjęcia. Za nim cichutko podjechał samochód. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku, czekał, aż mąż sam zejdzie na chodnik.

       

          Czy ktoś z Państwa potrafi sobie wyobrazić podobne scenki w Polsce, albo we Włoszech???

       

          Może dlatego tylko tu spotkałam szczęśliwą Matkę Boską...?

       

      DSCF7382.jpg

       

         Znalazłam ją w katedrze w Toledo. Jako ciekawostkę dorzucę tu jeszcze 3-metrową monstrancję z czystego złota - jakieś 200 kg. Co roku na Boże Ciało opuszcza ona swoją pancerną klatkę i bierze udział w procesji.

         Kunszt wykonania powala. Jankowski (ś.P.n.j.d.) pewnie gryzłby futrynę z zazdrości). Mój mąż był pochłonięty analizowaniem, jak też oni to cudo wyjmują i wkładają z powrotem. W końcu 200 kg to nie worek kartofli...

       

       DSCF7388.jpg

       

      DSCF7393.jpg

       

      DSCF7390.jpg

       

          Na koniec suplement do historii Don Kichota.

         Już chyba wiem, dlaczego nikt nie pali się do kręcenia filmów o nim. Ilość wątków jest tak ogromna, że żeby streścić to w 2 godzinach trzeba ...właściwie wyciąć wszystko. Zostawić postać szalonego rycerza i jego wiernego, choć dość wyrachowanego giermka Sancho, pokazać Dulcyneę, której w Powieści Don Kichot w ogóle wcześniej nie widział, ustawić parę wiatraków, księcia i księżną i... czas się skończył.

       

         Film który zdobyłam byłby nie najgorszy, gdyby nie fakt, że mam świeżo w głowie powieść czytaną przez A. Szczepkowskiego. Na tym tle film wypada jak kadłubek.

         W dodatku gdzie producent znalazł tłumacza, który uparcie nazywa Don Kichotem "Rycerzem Wędrownym", choć każde dziecko w Polsce wie, że jest to Rycerz Błędny?!  Co za niedouk robił ten przekład?? Nawet jeśli z wersji angielskiej wynika inaczej, dobry tłumacz musi trzymać się klimatu tu i teraz. Nie miał prawa zmieniać podstawowej charakterystyki Don Kichota. Błędny, to nie to samo co wędrowny.

         Podobnie jak w dobrym tłumaczeniu książki nasz bohater zowie się Rycerzem Smętnego Oblicza, podczas kiedy w filmie tłumacz używa zwrotu Rycerz o smutnej facjacie! Katastrofa!

       

         I to by było na tyle w temacie Hiszpanii. Dziękuję za cierpliwość.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      sobota, 03 czerwca 2017 18:38

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę