Świat na głowie postawiony.

Wpisy

  • piątek, 21 lipca 2017
    • Srebrne, złote, diamentowe...

        Żeby nie było, że zgłupiałam do reszty przy moich dzieciach z Otwocka, zrobię małą woltę w drugą stronę, czyli będzie o staruszkach.

         Konkretnie chciałam podpowiedzieć, jak wprawić w euforię swoich rodziców, dziadków, czy innych trochę wiekowych bliskich, organizując im uroczysty jubileusz małżeństwa.

         Nieważne, czy to rubinowe, złote czy diamentowe gody. Każdy pretekst jest dobry, żeby poświętować.

       

      Sygnalizowałam to już na:

      http://helena-rotwand.bloog.pl/id,360151234,title,Jubileusz-rodzicow-audiobooki-i-porzadki-w-szafie,index.html

       

         Zaczęłam od Urzędu Gminy, który okazał się Urzędem Dzielnicy Ursynów, ale jak zwał tak zwał.

         Urząd wprawdzie nie miał żadnych doświadczeń z takimi uroczystościami, niemniej pani Iwona Janowska konstruktywnie podeszła do tematu. Postanowiła wykorzystać go do promocji dzielnicy i machina ruszyła.

       

       

         Urząd udostępnił nam dużą salę z rzutnikiem i sprzętem nagłaśniającym, tudzież inne przedmioty, dzięki czemu mogłam np. zawiesić duże zdjęcia z życia rodziców na sztalugach.

       

      IMG_4720.jpg

       

         Siostra przygotowała wspaniały catering i można było zaczynać.

       

          Do dziś mnie telepie z emocji, bo pierwszy raz organizowałam taką imprezę. Mama próbowała ze mnie wyciągnąć, co knuję, bezskutecznie. Byłam twarda jak głaz, wszystkich gości zapraszałam sama.

       

         Miasto Warszawa próbowało nam storpedować cały plan, organizując dokładnie w tym dniu dwa gigantyczne maratony po obu stronach Wisły. I znów dzięki pani Iwonie (kocham Panią, Pani Iwonko!) udało się jakoś wyminąć blokady, podjechać pod Urząd Dzielnicy pod prąd i dotrzeć do celu z cateringiem i gośćmi.

       

         Na uroczystości pojawiło się aż DWÓCH Burmistrzów oraz 2 panie z Urzędu, choć była to niedziela. Dojechał także fotograf z lokalnego portalu internetowego, który jako pierwszy dopadł moją Mamę na schodach i wycisnął z niej krótki wywiad.

       

       IMG_5834.jpg

       

      IMG_6032.jpg

       

         Nooo, żebym ja się z internetu musiała dowiadywać, że Tata nie był miłością od pierwszego wejrzenia mojej Mamy…, doprawdy.

       

         A potem poszło sprawnie. Burmistrzowie wręczyli Rodzicom piękny bukiet róż i grawerowaną szklaną statuetkę.

      Ja wygłosiłam krótki speach o aniołach i męczennikach.

         Potem włączyliśmy z rzutnika pokaz slajdów – dziesięciominutowy przegląd życia Rodziców, na podkładzie ułożonym z przebojów muzycznych lat minionych, od Piotra Szczepanika począwszy, przez wysoką poezję typu „Przeżyłam z Tobą tyle lat”, po Edyty Bartosiewicz  „Trudno tak”.

       

       IMG_5890.jpg

       

          A potem było jeszcze zbieranie podpisów od wszystkich obecnych na pięknej karcie wykonanej przez Aloshę http://przy-kominku.blog.onet.pl/

       

      DSCF7880.jpg

       

         Wreszcie jedzonko i do domu.

       

         Ale to nie był koniec sensacji związanych z 60-tym jubileuszem. Przegapiliśmy 50-tkę, więc trzeba to było naprawić. Ursynowski USC wysłał do odpowiednich organów wniosek o medal za długotrwałe pożycie.

         Przyznaje go - niestety – Prezydent RP, ale wręcza – na szczęście – Prezydent miasta.

       

         Uroczystość odbyła się w Pałacu Ślubów na Starym Mieście, gdzie sama przed laty omal nie zaliczyłam porzucenia, albowiem przyszły Pan młody się spóźnił.

         Ale zdążył.

       

         Zgromadzono ok. 20 sędziwych par, plus trochę gości. Pani Hanna wyglądała promiennie, jakby cały jazgot i oszczerstwa w ogóle jej nie obchodziły. Uroczo przemawiała do każdej pary, przypinając im do klap różowe wstążeczki z medalem. Był szampan i ciasteczka, były selfie z roześmianą panią Prezydent, a także zdjęcia robione przez zawodowego fotografa, które mają być wysłane do Jubilatów pocztą. Wszystko w pakiecie.

       

       DSCF3615.jpg

       

      DSCF8031.JPG

       

      DSCF3682.jpg

       

      DSCF8043.jpg

       

         I to koniec adrenaliny na ten rok! Następna taka impreza za 10 lat, tak zapowiedziałam moim Rodzicom.

      A że wyglądają pięknie i młodo, to nie są to słowa na wiatr.

       

      PS. Gwoli informacji – obie imprezy nie kosztowały ani złotówki, nie licząc cateringu. Wszystko udało się zorganizować dzięki dobrej woli paru osób i organizacji.

      PS 2. Wpis niniejszy służy jedynie informacji i podpowiada to i owo. Komentarze pochwalne pod moim adresem będą bezlitośnie usuwane😊

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Srebrne, złote, diamentowe...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 21 lipca 2017 21:36
  • niedziela, 09 lipca 2017
    • Kangurzyca czyli najlepsze lekarstwo na spięcia. Wszelkie.

       

       

         Wakacje w pełni.

         Co prawda dla mnie to bez różnicy, bo jedyne dzieci z którymi mam teraz do czynienia, do szkoły jeszcze długo nie pójdą.

       

         O TYCH dzieciach mogę gadać bez ustanku. Co tydzień obiecuję sobie, że w tym tygodniu dwa razy  nie pojadę, bo mam co innego do roboty. A potem pytam sama siebie: A cóż to mam takiego ważnego do zrobienia, skoro akurat nie muszę jechać do pracy, a obiad przygotuję w 15 minut?

       

         Życie w Ośrodku IOP w Otwocku toczy się swoim trybem, ale są oczywiście pewne rytuały. Jedne mniej męczące, inne bardziej.

         Są  dzieci „trudniejsze”, częściej płaczące, z problemami zdrowotnymi, które trzeba czasem po prostu zabrać na dwór, żeby dały odetchnąć innym. A sam spacer nie jest problemem, dzieci przeważnie natychmiast się uspokajają, z reguły szybko zasypiają.

         Problemem jest nawierzchnia wokół szpitala, która nie pozwala poruszać się po cichu i sprawnie. Dziury w asfalcie, dziury w leśnych dróżkach za szpitalem, tudzież miliony szyszek na drodze powodują, że dziecko niemal wylatuje mi w powietrze na każdym wyboju.

       

         Łatwiej jest siedzieć na tarasie mając pod opieką w porywach do 10 wózków. Dobrze, jeśli chociaż 60 % śpi.

         Gorzej, jeśli nie śpi żadne...:-)

       

         Tak czy siak, przez ostatnie 3 miesiące spędziłam więcej czasu „na powietrzu”, niż przez ostatnie 3 lata, nie licząc urlopu.

         Słowo „powietrze” oczywiście nabrało w ostatnich miesiącach nowego znaczenia. Po raz pierwszy zaczęłam sprawdzać jakość powietrza w danej okolicy i czasem obserwuję szokujące rzeczy. Na przykład tydzień temu dwa zaznaczone na czerwono miejsca to był punkt koło Łodzi i … właśnie Otwock.

      Dawne uzdrowisko! Karramba!

         Na szczęście to się zdarza rzadko. Tak czy siak weszło mi już w nawyk sprawdzanie aktualnej sytuacji na

      http://powietrze.gios.gov.pl/pjp/current

      zwłaszcza, kiedy planuję pobiegać.

       

          Oczywiście głównym powodem częstszych przyjazdów jest czuły kontakt z tymi małymi łebkami. Kiedy biorę rozdzierająco płaczącego malca na ręce, a on nie tylko się uspokaja, ale natychmiast zasypia na moim łokciu, uchylając tylko czasem jedno oko, żeby się upewnić, czy wciąż jestem…

         Co tu gadać,  sami rozumiecie… Wosk i kałuża.

        

         Ostatnio doświadczyłam czegoś nowego - zostałam mamą kangurzycą. Zawsze z podziwem patrzyłam na kobiety z dużą wypukłością na brzuchu, które nie tracą kontaktu z maleństwem, mając jednocześnie obie ręce wolne.   

         Bo wiązanie chusty to nie tylko moda. To fantastyczne ułatwienie życia, kiedy naprawdę trzeba coś zrobić, czy choćby się przemieszczać z siatami w rękach. Tyle że wymaga dużych umiejętności, a najlepiej pomocy innej osoby.  Mnie zamotała pewna pani, a potem przez godzinę tworzyłam z 3-miesięczną P. jeden organizm. Miałam wrażenie, że nawet serca biją nam w tym samym rytmie, choć to niemożliwe.

         Ona spała jak kamień, ja mogłam bujać dwa inne wózki. To się nazywa racjonalizacja pracy!

         A że wygląda się trochę jak słonica w ciąży... A co tam!

       

      DSCF8015b.jpg

       

         Ostatnio mieliśmy hardcore - biegunka na pokładzie! Nie wiadomo,  kto przywlókł francę, w każdym razie trójka moich maluchów chorowała na przemian. Boże, dlaczego dałeś mi tylko 2 ręce???

         Każdego umyć, ubrać w suche, i utulić, żeby zasnął, a następne płaczą w niebogłosy… Matko!

       

         W takich chwilach naprawdę czuję się potrzebna.

      I  szczęśliwa i wyluzowana jak kaczka na półmisku.

      I ziewam jak smok wawelski wracając po 3-4 godzinach do domu.

       

      Więc proszę nie pisać, że to godne podziwu, że poświęcenie...

       

      Żadne poświęcenie, to sama przyjemność. :-))

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 lipca 2017 09:00
  • wtorek, 20 czerwca 2017
    • Jadwiga, czyli "Jej podróże z lotką"

       

       P1050091.jpg

       

          Poznałam Jadwigę kilka lat temu, kiedy zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem i książką. Z naszego pierwszego spotkania wyniosłam taki jej wizerunek: urocza, zadbana starsza pani z fryzurą w idealnym odcieniu siwizny, serwująca wybitne ciasto (dietę trafił szlag) i zimową herbatę z kardamonem w pięknej porcelanie, która opowiadając mi o swoim następcy bodaj w Związku Badmintona użyła takich oto słów (przepraszam, cytuję):


      - Helenko, jak on mnie wtedy zjebał...
       
         Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak osłupiałam.
      Ale to jest właśnie cała Jadwiga. Kulturalna do bólu, oczytana, wrażliwa, ale i silna, odważna, klnąca jak szewc.

         Poprosiła mnie o zrecenzowanie jej książki „Moje podróże z lotką”, nie wiedząc co czyni. Albowiem ja na sporcie nie znam się w ogóle. Mało tego - sport mnie zupełnie nie interesuje, a to stoi jakby w sprzeczności z sensem życia Jadwigi.
         Ale mówi się trudno. Spróbuję.

         Bałam się, że książka będzie traktować wyłącznie o sporcie, ale co najmniej jedna trzecia opowiada o zawiłych losach najbliższej rodziny, a potem i samej Jadwigi od chwili narodzin. Ta część wzbudziła we mnie ciepłe wspomnienia, bo tak jak ona byłam wysyłana na wieś do dziadków i tak samo czekałam na chleb skropiony wodą i posypany cukrem.
         Wprawdzie nie doświadczyłam takich przygód, jak upicie świń wiśniami z nalewki czy sikanie (w celu dezynfekcji) na stopę przebitą widłami, ale pewnie nikt poza Jadwigą takich przygód nie miewa :-)
       
         Generalnie jeśli ktoś rodzi się akurat podczas bombardowania (w 1945) - jakby nie mógł poczekać dzień lub dwa - z definicji stworzony jest do tego, żeby biec. Ona nie mogła zostać księgową, bibliotekarką czy manicurzystką. Ani malarką, hafciarką ani nawet pracownikiem naukowym PAN.
         Ona musiała iść na wojnę z urzędami, robić karierę, szaleć po świecie, rewolucjonizować sport, tworzyć w Polsce nową dziedzinę olimpijską.

         Nie została światowej sławy muzykiem, choć grała od małego, bo to pewnie było dla niej zbyt statyczne. Nie poszło jej na studiach prawniczych - chyba z tych samych powodów.

         Skoro zajęła się sportem - to przecież NIE SZACHAMI, na Boga!

         Czytając jej biografię dochodzę do rewolucyjnego wniosku: Jadwiga nie jest normalnym człowiekiem! Podejrzewam, że ma układ ze swoimi kotami, które za odpowiednią opłatą użyczają jej swoich żyć.
         Nie jest bowiem normalne, żeby jedna osoba, nawet jeśli urodzona w czepku, pomieściła w swoim życiorysie tyle zdarzeń, tyle zwrotów akcji, wychodząc cało nie tylko z porodu. Oblanie paliwem i podpalenie przez rodzonego ojca (oczywiście niechcący) to tylko jeden przykład.
         Tłukła się już z chłopakami w szkole i całe jej dzieciństwo potwierdza tezę, że lanie dziecka w dupę nie działa.
      W porównaniu z jej przygodami Pipi Langstrumpf to prymuska z kółka różańcowego.

         No, a jej kariera w organizacjach sportowych to już materiał na parę książek. Ludzie z branży na pewno z przyjemnością powspominają wydarzenia, które opisuje. Przy czym oczywiście byłoby za proste, gdyby ograniczyła się do jednej dziedziny sportu. Ależ nie, od instruktorki judo przeszła do szermierki, żeby wreszcie zająć się badmintonem. Zapewniła sobie w ten sposób czytelników z trzech różnych dziedzin :-)))
       
         Dla mnie jako ignorantki nie interesującej się sportem, a co dopiero jego historią, najciekawsze są wspomnienia z czasów zatęchłej komuny, kiedy zdobycie biało-czerwonych dresów na międzynarodowe zawody było jak wejście na Mount Everest. Jadwiga z lekkością opisuje zorganizowanie żarówek dla doświetlenia hali, tkaniny na zasłony, rakietek i lotek do badmintona, czy prowiantu do wykarmienia drużyny, chociaż każdy kto pamięta lata 70-80-te może sobie wyobrazić, Ale jeśli było się osobistą współpracownicą jednego z dwóch największych szpiegów PRL...jak tytaniczna była to praca.

         Ale jeśli było się osobistą współpracownicą jednego z dwóch największych szpiegów PRL...

       
         Przy czym nasza autorka nie wykazuje się fałszywą skromnością, z dumą opowiadając o swoich OSOBISTYCH sukcesach w tej dziedzinie. Nie przeszkadza mit to, gdyż akurat lubię i cenię kobiety, które znają swoją wartość i umieją się pochwalić. W końcu nie każdy wpadłby na to, żeby do zawieszenia żarówek na wysokości 11-12 metrów wynająć Związek Alpinizmu…

         Cóż dodać? Cieszę się, że energia Jadwigi została skanalizowana chociaż na chwilę, znajdując ujście w tej książce.
      Bo kiedy zaprowadziłam ją do swojego rehabilitanta (niby ma problemy ze stelażem, ha, ha), to w pewnym momencie musiałam ryknąć, żeby zaczęła chociaż trochę wyglądać na chorą, bo nas wyrzucą z przychodni jako symulantki.
       
         Jadwiga przeżyje nas wszystkich i pewnie jeszcze niejedno napisze.:-))

      No, ale jak się ma takie koty…

       

      Blog:  http://www.okiemjadwigi.pl/

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 czerwca 2017 14:15
  • środa, 14 czerwca 2017
    • Ciszej nad tą trumną czyli moje rozważania nad terroryzmem.

       

       

         Nie, nie będzie o Smoleńsku, o przymusowych ekshumacjach i szarganiu pamięci tych, co tragicznie zginęli.

       

         Od jakiegoś czasu dręczy mnie pytanie, jak media wpływają na rzeczywistość w kontekście ataków terrorystycznych.

       

         Nas to na szczęście jeszcze nie dotyka, ale tak sobie myślę bardziej globalnie i dochodzę do wniosku, że – mogę się mylić -  najmądrzejszym posunięciem w obecnej sytuacji  byłby całkowity zakaz relacji z pola bitwy.

       

         Wiem, że to prawie niemożliwe, bo media żyją każdym zamachem, mniejszym czy większym, przez co najmniej  tydzień i ciężko im będzie wydrzeć taką gratkę.

         Ale skutki tego są niestety daleko bardziej tragiczne, niż tylko wzbudzanie w ludziach strachu i paniki, czy nakręcanie ksenofobii i rasistowskich gestów, takich jak wyrzucenie z autobusu czarnoskórego mężczyzny.

       

         Dużo gorsze jest nieświadome prowokowanie dalszych zamachów. 

       

          Weźmy jakiegoś życiowego nieudacznika, klepiącego biedę na bezrobociu, czy pracującego fizycznie bo nie chciał się uczyć, choć państwo (W. Brytania, Francja, Niemcy etc.) stworzyło mu ku temu warunki. Tydzień po tygodniu ogląda on w telewizji i na czołówkach gazet portrety innych nieudaczników, którzy nagle urośli do rangi bohaterów. Wprawdzie bohaterów mediów, ale zawsze bohaterów.

         Nasz nieudacznik widzi, z jakim zapałem media śledzą rodzinę tamtego, historię jego życia, przepytują sąsiadów i nauczycieli i wałkują, ględzą w kółko na ten temat, wciąż pokazują zdjęcia ofiar zamachu, paniki, krwi.

       

          I przychodzi mu do głowy pomysł, żeby choć raz w życiu tak znaleźć się w centrum zainteresowania. Zaistnieć jak Herostrates, sprawić, że mówi o nim cały świat a ilość ludzi, która pozna jego nazwisko będzie się liczyła – bez przesady – w miliardach.

       

         Prawda że kuszące?

       

         Zwłaszcza, że nie każdy terrorysta wysadza się od razu w powietrze. Część z nich przez jakiś czas nawet unika schwytania.

       

          Co by było, gdyby o zamachu wiedzieli tylko najbliżsi uczestnicy, ich rodziny i Policja? Gdyby nie upubliczniano żadnych portretów, krwawych szczegółów, powiązań? Gdyby żadne ISIS nie mogło wypinać piersi i „przyznawać” się do zamachu, bo nikt by go nie pytał, ani nie podawał dalej?

       

         Nie wiem, czy medialna wrzawa przy okazji każdego zamachu choćby w jednym promilu przyczyniła się do szybszego schwytania sprawcy lub jego zleceniodawców. Czy oprócz epatowania dramatycznymi obrazkami cokolwiek dobrego ona wnosi? Myślę że wątpię…

       

         Zwłaszcza, że jak wielokrotnie już podawano, liczba ofiar zamachów terrorystycznych w Europie od lat 70-tych znacznie przewyższała dzisiejszą. Wystarczy spojrzeć na to zestawienie:

       

      http://www.wykop.pl/ramka/3085993/ofiary-atakow-terrorystycznych-w-europie-od-1970-roku/

       

         Liczba ofiar IRA, ETA, Baader-Meinhof i innych przekraczała 400 osób rocznie! Wobec tych liczb obecne ataki w których ginie 5 czy 25 osób, z całym szacunkiem, to nie tak wiele.  Ale wtedy nie było internetu, zaś terroryści byli dużo bardziej bezczelni. Porywali się na premierów, kanclerzy, ministrów.

         Dziś każdy atak, nawet jeśli jego zasięg jest znikomy, urasta do rangi III wojny światowej.

      A przecież dokładnie o to chodzi prawdziwym zbrodniarzom.

       

          Dzisiejsi terroryści to w ogromnej masie owi nieudacznicy, nawet niespecjalnie religijni, co zostało udowodnione. Nie islam popycha ich do ataków, tylko wpływ silniejszych przywódców, którzy obiecują im gruszki na wierzbie (dziewice w raju, tratata) w miejsce dzisiejszej beznadziei. No i ta sława...

       

         Może by tak spróbować odciąć ich chociaż od tej sławy? Od informacji, ile wyrządzili zła, od widoku zakrwawionych ludzi, płaczących dzieci. Nie podawać nawet ilości ofiar. Niech zamachowcy, jeśli żyją, lub ich towarzysze zastanawiają się, czym właściwie skończył się ten zamach. Czy warto było?

         Obywatelom nic się złego nie stanie, jeśli przestanie się ich straszyć. Mam wrażenie, że wręcz może im się polepszyć. Bo co się dzieje, kiedy ludzie się boją podczas koncertu czy meczu? Ano mają miejsce takie tragedie jak w Manchesterze, kiedy niewinny hałas wywołał panikę z tragicznymi skutkami.

       

      Mylę się?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      środa, 14 czerwca 2017 17:07
  • sobota, 03 czerwca 2017
    • Podsumowanie, ale tak, żeby nie zanudzić...

       

       

          Chciałabym jakoś zgrabnie podsumować tę środkową Hiszpanię, ale łatwo nie jest. Bo też zauważyliśmy sporo rzeczy, które kłócą się z utrwalonymi stereotypami.

         Na niekorzyść dzisiejszej Hiszpanii (przynajmniej Madrytu i okolic) świadczy kiepska organizacja i dość odczuwalne olewanie turystów. Brak informacji na temat godzin otwarcia i ilość obiektów zamkniętych na głucho, bez szans na otwarcie (trawa porastająca wejście o czymś świadczy) jest wkurzająca i zniechęca do dalszego eksplorowania miasteczka.

         W Alcali na przykład bardzo chciałam zwiedzić Palazetto Laredo, ale brama wejściowa była zamknięta, bez żadnej tabliczki. Spróbowaliśmy następnego dnia, była otwarta. Hurra! 

         Ale sam obiekt dalej był zamknięty dla zwiedzających, tyle że informacja o godzinach otwarcia była ukryta głęboko na drzwiach pałacyku. Gdyby wisiała na zewnątrz,  poczekalibyśmy wczoraj pół godziny, kiedy drzwi otwarto. Ale skąd mieliśmy o tym wiedzieć?

       

      To pałac z zewnątrz:

       

      DSCF7497.jpg

       

      To po wejściu na teren

       

      DSCF7500a.jpg

       

      A na tych drzwiach z prawej wisiała kartka o godzinach oprowadzania:

       

      DSCF7500b.jpg

       

         Nie wiem, czy to skutek kryzysu, ale pierwszy raz mi się zdarzyło, żebym z listy obiektów do zwiedzenia w jednym mieście z siedmiu pozycji musiała wykreślić pięć, bo były martwe.

       

         Kryzys widać także w gastronomii. Z żalem obserwowaliśmy smutnych kelnerów omiatających z niewidocznych pyłków dziesiątki pustych stolików, przy których niemal nikt nie siadał, nawet w porze lunchu czy wieczornego biesiadowania. I to w najbardziej przelotowych miejscach, w tak uczęszczanych miastach jak Toledo czy Segowia, 200 metrów od katedry.

       

         Samych turystów nie brakowało, choć to dopiero maj. Ale mało chętni oni byli żeby się rozsiadać. Zwłaszcza, że powoli grupą dominującą w strumieniu smartfonów i tabletów, wyciągniętych do selfie, stają się… Chińczycy.

      Można ich rozpoznać na kilometr, nie da ich się pomylić z Japończykami.

       

         Chińczycy nie tylko przyjeżdżają zwiedzać, oni się tu masowo osiedlają. Na każdej ulicy można znaleźć 1-2 sklepiki z żywnością, pamiątkami, zabawkami, prowadzonymi przez chińską rodzinę. Przeważnie czynne całą dobę. Do tego też musieliśmy się przyzwyczaić. Chiński torreador jakoś nie mieści się w kanonie urody tutejszej :))

       

          Pozytywnie zaskoczył nas spokój tubylców, zupełnie nie pasujący do śródziemnomorskiego temperamentu.

         Dla przykładu dwie scenki: znaleźliśmy w Alcali dobre miejsce na parking, a kiedy mieliśmy odjeżdżać jakaś pani zapytała z samochodu, czy miejsce będzie wolne. Odpowiedziałam, że za 5 minut, bo mąż zaraz przyjdzie. Na co ona, że zaczeka.

         No i zaczekała, stojąc centralnie na wąskiej uliczce i blokując ruch setce samochodów. Żaden klakson się nie rozdarł. Ludzie spokojnie odczekali, aż ona zajmie nasze miejsce.

         Drugi przykład: mąż chciał sfotografować dane adresowe restauracji flamenco, więc stał na środku innej wąskiej uliczki i przymierzał się do zdjęcia. Za nim cichutko podjechał samochód. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku, czekał, aż mąż sam zejdzie na chodnik.

       

          Czy ktoś z Państwa potrafi sobie wyobrazić podobne scenki w Polsce, albo we Włoszech???

       

          Może dlatego tylko tu spotkałam szczęśliwą Matkę Boską...?

       

      DSCF7382.jpg

       

         Znalazłam ją w katedrze w Toledo. Jako ciekawostkę dorzucę tu jeszcze 3-metrową monstrancję z czystego złota - jakieś 200 kg. Co roku na Boże Ciało opuszcza ona swoją pancerną klatkę i bierze udział w procesji.

         Kunszt wykonania powala. Jankowski (ś.P.n.j.d.) pewnie gryzłby futrynę z zazdrości). Mój mąż był pochłonięty analizowaniem, jak też oni to cudo wyjmują i wkładają z powrotem. W końcu 200 kg to nie worek kartofli...

       

       DSCF7388.jpg

       

      DSCF7393.jpg

       

      DSCF7390.jpg

       

          Na koniec suplement do historii Don Kichota.

         Już chyba wiem, dlaczego nikt nie pali się do kręcenia filmów o nim. Ilość wątków jest tak ogromna, że żeby streścić to w 2 godzinach trzeba ...właściwie wyciąć wszystko. Zostawić postać szalonego rycerza i jego wiernego, choć dość wyrachowanego giermka Sancho, pokazać Dulcyneę, której w Powieści Don Kichot w ogóle wcześniej nie widział, ustawić parę wiatraków, księcia i księżną i... czas się skończył.

       

         Film który zdobyłam byłby nie najgorszy, gdyby nie fakt, że mam świeżo w głowie powieść czytaną przez A. Szczepkowskiego. Na tym tle film wypada jak kadłubek.

         W dodatku gdzie producent znalazł tłumacza, który uparcie nazywa Don Kichotem "Rycerzem Wędrownym", choć każde dziecko w Polsce wie, że jest to Rycerz Błędny?!  Co za niedouk robił ten przekład?? Nawet jeśli z wersji angielskiej wynika inaczej, dobry tłumacz musi trzymać się klimatu tu i teraz. Nie miał prawa zmieniać podstawowej charakterystyki Don Kichota. Błędny, to nie to samo co wędrowny.

         Podobnie jak w dobrym tłumaczeniu książki nasz bohater zowie się Rycerzem Smętnego Oblicza, podczas kiedy w filmie tłumacz używa zwrotu Rycerz o smutnej facjacie! Katastrofa!

       

         I to by było na tyle w temacie Hiszpanii. Dziękuję za cierpliwość.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      sobota, 03 czerwca 2017 18:38
  • poniedziałek, 22 maja 2017
    • Sukces oręża, czyli przewodniki też kłamią. Cz.4

       

       

         Nie tylko prymusom z historii mówi coś hasło „Szarża polskich szwoleżerów pod Samosierrą”.

      Znamy ją choćby z obrazów takich jak Michałowskiego:

       

      https://pl.wikipedia.org/wiki/Szar%C5%BCa_w_w%C4%85wozie_Somosierra

       Grafika bez ustawionego tekstu alternatywnego: Szarża w wąwozie Somosierra

       

         Wyobrażamy sobie wąski przesmyk wykuty w wysokiej skale, w dodatku pnący się  ostro pod górę, przez który przeleciało jak burza 127 polskich żołnierzy, otwierając Napoleonowi drogę do Madrytu.

       

         Wiedziona niepoprawnym patriotyzmem tak ułożyłam trasę wycieczki, aby przez ów wąwóz przejechać i zajrzeć do kościoła we wsi, gdzie przechowuje się dokumenty i liczne pamiątki po tym wydarzeniu.

         W przewodniku Pascala nie było nic, co by sugerowało inny wygląd tego miejsca.

       

         No i  bardzo się zawiedliśmy. Nadłożyliśmy 100 km żeby wjechać na przełęcz Somosierra, która obecnie jest rozległym płaskowyżem, zaś przez jego środek biegnie prosta jak strzelił szosa. Nie ma śladu po skałach ani zakrętach wśród tychże skał. Cały teren jest  płaski jak naleśnik.

         Pod tym miejscem wykuto już zresztą dwa tunele (drogowy i kolejowy), ale o tym doczytałam później.

       

      Tak czy siak - wąwozu nie ma.

       

         Kościół parafialny owszem, stoi, ale jak wiele kościołów w tym rejonie - zamknięty jest na głucho i nie ma żadnej informacji, czy ktoś ewentualnie otworzyłby drzwi i pozwolił zajrzeć do środka.

      Tak więc gdyby nie tabliczka z nazwą miejscowości, moglibyśmy wręcz przeoczyć to miejsce.

       

         Mam żal do Pascala. Uważam, że takie informacje powinny się znajdować w przewodniku.

         Ja mogę zrozumieć, że ktoś opisuje np. huczący wodospad, a tu akurat nastała susza i wody nie ma. Ale doprawdy trudno nie zauważyć, że w miejscu gdzie kiedyś wąska dróżka wiła się wśród skał (4 zakręty), dziś jest ogromny płaski teren wielkości paru boisk futbolowych.

        Mam obawy, że piszący ten przewodnik nie zajrzeli tu od 1808 roku…

       

         Miejscem, które dla odmiany zachowało swój wygląd i kształt od 60 lat, jest grobowiec - mauzoleum generała Franco. Valle de los Caidos, czyli Dolina Poległych.

      To jest dopiero popis megalomanii!

         Krzyż wysoki na 150 metrów widać z 50-ciu kilometrów. Jest największym pamiątkowym krzyżem  na świecie.

       

      DSCF7608.jpg

       

         Ale najważniejsze jest pod krzyżem - wykuta w skale bazylika o długości 262 metry i wysoka na 6 pięter.

         Podobno sam Papież się wkurzył, gdyż przerastała ona nawet bazylikę św. Piotra w Rzymie. Dlatego skrócono nieco główną nawę montując ozdobną kratę.

       

      DSCF7615.jpg

       

      DSCF7621.jpg

       

         W bazylice znajdują się monumentalne rzeźby, przypominające te z czasów Mussoliniego w Brescii. Sam grób Franco to skromna płyta za ołtarzem, na której zawsze leżą świeże kwiaty. Ponoć do dziś zbierają się tu jego wielbiciele. Umieszczono tu także prochy 40 tysięcy ofiar wojny domowej - poległych po obu stronach.

         Przy budowie owego pomnika pychy pracowało 20 tys. więźniów, głównie politycznych. Podobno zmniejszano im czas odbywania kary podwójnie za każdy przepracowany tu dzień. Wielu z nich zmarło, jak ci niewolnicy budujący piramidy.

         Chodząc po marmurowych posadzkach, trudno było o nich nie myśleć.

      Ot, kolejna fanaberia ludzi o małym sercu.

       

      DSCF7626.jpg

       

      DSCF7613.jpg

       

      CDN

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 maja 2017 18:20
  • wtorek, 16 maja 2017
    • Oblicza szaleństwa czyli Don Kichot. Cz. 3

       

         Po korridzie i flamenco trzecim dobrem narodowym Hiszpanii jest zapewne Cervantes i jego Don Kichot. Podobno jest to druga po Biblii najczęściej kupowana książka, a na pewno przełożona na najwięcej języków.

         Ciekawe, że nie ma ona szczęścia do filmu, choć wydaje się wymarzonym scenariuszem, lepszym od Piratów z Karaibów. Znalazłam właściwie tylko jeden film z 2000 roku, ale nie ma go ani w Merlinie ani w Empiku. Zamówiłam używańca na Allegro i czekam.

         Łatwiej dostać książkę. Żeby stworzyć sobie prawidłową podbudowę przed wyjazdem, zaczęłam słuchać Don Kichota z audiobooka, w świetnej interpretacji Andrzeja Szczepkowskiego. Ale nie wiem, czy dociągnę do końca, bo jest tego chyba ze 40 godzin, a stopień irytacji jaką potrafi wywołać bohater, jest porównywalny tylko z oglądaniem naszego Sancho Pansy podczas miesięcznicy.

       

         Miejscem, które zawłaszczyło sobie Cervantesa z nogami, jest miasto Alcala de Henares, 40 km na płn-wschód od Madrytu.

      Tam się urodził, tam przechowują jego akt chrztu z 1547 r. i tam wszystko nawiązuje do szalonego błędnego rycerza z Manczy.

         Na zdrowego psychicznie to on nie wygląda nawet jako statua…

       

      DSCF7548.jpg

       

         Sam region La Mancha nie ma wiele do zaoferowania, jest płaski, niebogaty i nieciekawy. Na szczęście Cervantes używał w książce nazw faktycznie istniejących miejscowości, ze słynnym Toboso na czele. Dlatego wiele biur podróży specjalizuje się w wycieczkach pod nazwą „Don Quijote Route”, które wiodą przez znane i mniej znane miejsca opisane w powieści.

       

         Nam ze względu na ograniczony czas udało się odwiedzić właśnie Alcalę i owo cudowne wzgórze wiatraków, z którymi Don Kichot stoczył śmiertelną walkę. Śmiertelną dla wiatraków oczywiście..

       

         Wiatraki w Consuegrze i Campo de Criptana mają niekiedy po 500 lat. Nie przekraczają 7 metrów wysokości, ale rozpiętość skrzydeł sięga 8 metrów. W każdym (a ostało ich się po 10-11 w każdym z tych miejsc z dawnych 80-ciu) nadal działają sklepiki, bary, punkty informacji turystycznej, mini-muzea, zachowano też oryginalny mechanizm.

          Wśród płaskich po horyzont pól, wzgórze na którym stoją wiatraki wydaje się co najmniej Mont Blankiem.

         Najpiękniejsze ujęcia wychodzą o zachodzie słońca. Niestety, my musieliśmy na noc wrócić do Toledo, a to godzina jazdy. W dodatku o tej porze roku słońce zachodziło tu dopiero o 21.30, więc nie było szans.

         Pod bezchmurnym niebem wyglądało to tak:

       

       DSCF7458.jpg

       

      DSCF7457.jpg

      DSCF7456.jpg

       

      DSCF7454.jpg

       

         Alcala jest miastem uniwersyteckim. Oprócz małej Starówki z pięknym placem Cervantesa, Uniwersytetem, muzeum Cervantesa, w zasadzie nie ma tu nic innego do zwiedzania. Podobno od XV wieku wciąż działa tu najmniejszy szpital świata - na 12 łóżek. Ale wpuszczono nas zaledwie do przedsionka, dalej nic nie można było zobaczyć (i naprawdę nie liczyłam na oglądanie chorych).

       

         Uniwersytet od 40-stu lat przyznaje nagrodę im. Cervantesa pisarzom tworzącym po hiszpańsku. Wśród nazwisk laureatów wyrytych na ścianie wielkiej auli, są nazwiska zaledwie TRZECH KOBIET, a jedną z nich jest Elena Poniatowska. Wprawdzie pochodzi ona z Meksyku, ale zawsze miło…

       

      To pomnik Cervantesa:

       

      DSCF7506.jpg

       

      To fragment kaplicy uniwersyteckiej:

       

      DSCF7533.jpg

       

          Chciałoby się napisać, że Hiszpania ma jeszcze jedno dobro - bociany. Ale jak słusznie zauważyła koleżanka - są to niegodni swojej sławy zdrajcy i w dodatku lenie. Pod pretekstem latania na zimę do Afryki zimują sobie bezpiecznie w ciepłej Hiszpanii. Nie wiem, czy to są NASZE bociany, w każdym razie jest ich tu zatrzęsienie. Można organizować konkursy, kto wyliczy więcej gniazd na jednej wieży:

       

      DSCF7824.jpg

      DSCF7508.jpg

       

      A tu szczyt bezczelności: gniazdo zaczyna przerastać krzyż na wieży.

       

      DSCF7518.jpg

       

       CDN.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 maja 2017 19:52
  • środa, 10 maja 2017
    • Flamenco czyli dobro narodowe. Cz. 2 Hiszpanii

       

         Oprócz okrutnych i zasługujących na wytępienie walk byków (Katalonia zakazała już 5 lat temu), Hiszpania ma w swoim dziedzictwie narodowym także flamenco.

       

         Nota bene, flamenco znalazło się także na liście ŚWIATOWEGO dziedzictwa UNESCO.

       

         Nie takie stare jak korrida (popularność zdobyło dopiero pod koniec XIX w.), jest pięknym efektem mieszania się kultur całego świata. W ruchach tancerek widać elementy tańca hinduskiego, cygańskiego i arabskiego.

          Dotąd jakoś nie dotarliśmy na pokaz flamenco, aż nagle trafiliśmy na to:

       

      DSCF7155.jpg

       

      To są azulejos, czyli kafle, nie malunek na ścianie:

       

      DSCF7158.jpg

       

      DSCF7160.jpg

       

         Mając jeden wolny wieczór w Madrycie, postanowiliśmy spróbować. Nie będę opisywać perypetii, jakie  musieliśmy przejść żeby zarezerwować stolik przez stronę, bo miałam już nie narzekać.

         Dość, że się…  nie udało.

      Ale udało się to zrobić osobiście, dostaliśmy ostatni stolik, na godzinę 22.30.

       

         Wnętrze lokalu robi jeszcze większe wrażenie niż fasada. Sala działa od 1911 roku, choć pod zmienionym szyldem. Zdobienia sufitów wzorowane na Alhambrze i przepięknie malowane na płytkach ceramicznych sceny, pokrywające większość ścian, tworzą baśniowy klimat. Uważa się ją za najlepsze miejsce pokazów flamenco w Madrycie, a może i w Hiszpanii.

          Nie wiem, nie mam porównania.

       

      DSCF7262.jpg

       

      DSCF7263.jpg

       

      DSCF7268.jpg

       

         Dość powiedzieć, że przez godzinę siedzieliśmy jak zaczadziali, nie myśląc ani o jedzeniu, ani o winie, które dodano nam do biletu. Pięcioro wykonawców - genialny gitarzysta, stary śpiewak, zawodzący nieco, ale to należy wszak do charakteru, młoda szczupła tancerka i starsza grubsza tancerka, wreszcie atrakcyjny torrero, stworzyło niezwykły spektakl.

       

      DSCF7275.jpg

       

         Młoda miała półtorametrowy tren z falban, który zarzucała sobie jednym kopniakiem na ramię, kiedy chciała pokazać zgrabne łydki. Miała też chustę z półmetrowymi frędzlami, które w jej rękach zamieniały się w coś żywego, za czym ludzkie oko nie nadążało. Była na przemian rozpaczą, czułą miłością albo samą furią.

       

      DSCF7279.jpg

       

      DSCF7280.jpg

       

         Starsza pani miała z kolei głos jak dzwon, a i tupała tak, że ściany jęczały.

       

      DSCF7284.jpg

       

         Młody piękny zachowywał się jak rasowy macho i wszystkie kobiety na sali od razu były jego…

         Zasługiwał na zachwyt. Tempo wystukiwania rytmu obcasami, wirowanie z niewiarygodną prędkością i te miny torreadora, czekającego na szarżującego byka… A o jego tempie niech świadczy fakt, że żadne zdjęcie z jego udziałem nie nadaje się do prezentacji.

       

      To było po prostu bajeczne.

       

         Zdjęcia jak widać, zupełnie nie wyszły, aparat głupiał przez ruchliwość tancerzy i brak światła. Ale próbowałam. Kiedy na zdjęciu widać tylko kolorową mgłę, to właśnie jest jedno z nich.

       

      DSCF7293.jpg

       

         Jeśli będziecie kiedyś w Madrycie, skuście się na ten spektakl. Lokal nazywa się Villa Rosa, jest w samym centrum.

      35,00 Euro za osobę to  naprawdę dobrze wydane pieniądze.

       

      CDN

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      środa, 10 maja 2017 09:20
  • niedziela, 07 maja 2017
    • Życie jak w Madrycie, czyli przysłowia też kłamią. Cz.1

       

       

         Na początek ponarzekam, potem już będę tylko chwalić.


         Ostatni tydzień spędziłam w okolicach Madrytu. Zależało mi na zobaczeniu czegoś innego niż muzeum Prado czy Eskurial, dlatego sporządziłam plan wycieczki po swojemu.
         Ale o tym później, na początek ponarzekam.

         Jeśli komuś się nie podoba PKP, niech jedzie do Madrytu i spróbuje dostać się pociągiem do leżącego 40 km dalej Aranjuez. Jest to miejscowość znana ze wspaniałej letniej rezydencji królewskiej, jak również ogrodów, którymi inspirował się Joaquin Rodrigo, tworząc swoje gitarowe Concierto de Aranjuez.

         Specjalny 100-letni „truskawkowy” pociąg, w którym serwują truskawki, miejscowy specjał, uciekł nam niestety w sobotę, więc w niedzielę wybraliśmy się na dworzec ATOCHA, aby pojechać czymś normalnym.

         Do kasy dostaliśmy numerek 207, a na wyświetlaczu pokazał się 118 (!). Pozostawał automat.

         Wg automatu pierwszy pociąg do Aranjuez miał odjechać za 1,5 godziny, w dodatku z innego dworca! Kupiliśmy bilety nie mając wyboru, bo z automatem nie pogadasz.
         Coś mi się tu jednak nie zgadzało, bo właśnie zapowiadano pociąg do Aranjuez, tyle że podmiejski. W informacji  jednak potwierdzono - tak, za 1,5 godziny, z innego dworca.

         Udaliśmy się metrem na dworzec Chamartin, skąd znów właśnie odjeżdżał jakiś kolejny pociąg do Aranjuez, oczywiście nie nasz. Inne linie, inne bilety.

         Wkurzeni na maksa doczekaliśmy naszego pociągu, który po 10 minutach jazdy dostojnie wturlał się na … dworzec ATOCHA, z którego godzinę temu wyjechaliśmy!  Fuck!

         Ale to był dopiero początek. W Aranjuez na pustym dworcu stoją bramki, gdzie trzeba włożyć bilet jak do metra. Ale my, oraz 15 innych osób mieliśmy wielkie wydruki biletowe, których nie dało się wepchnąć w żadną dziurkę, ani sczytać elektronicznie.
         Za szybą 3 pracowników gadało beztrosko, a my miotaliśmy się bezradnie próbując WYJŚĆ!
         Wreszcie ktoś łaskawie otworzył jedną bramkę i byliśmy wolni.

         Powrót wydawał się łatwiejszy, bo odkryliśmy, że do sali dworcowej przylega bar, przez który swobodnie można wejść na perony. Dumni ze swojego sprytu próbowaliśmy tylko znaleźć informację, na którym peronie mamy czekać. Nic.

         Wreszcie kiedy nadeszła godzina naszego odjazdu, na sąsiedni peron wjechał pociąg, czort wiedział jaki.
      Na żadnej tablicy nie było komunikatu, ale rzuciliśmy się do tunelu na czuja.
         Słusznie. To był NASZ pociąg, stał na peronie 10 sekund. Gdybyśmy wolniej biegali, mielibyśmy w plecy kolejną godzinę.

      Oszczędzę wam dalszych przygód, bo nie był to koniec.

         Ale dla uspokojenia nerwów powiem, że dawno nie widziałam tak pięknego dworca jak ATOCHA. Działa od 1851 r, ale obecny kształt uzyskał dzięki współpracownikowi Gustava Eiffela. To widać.

         W środku urządzono oranżerię a w sadzawkach moczą się setki żółwi. Na takim dworcu przyjemniej czekać, choć wszystko jednak ma swoje granice...


      DSCF7228.jpg

       

      DSCF7169.jpg

       

      DSCF7172.jpg

       

      DSCF7221.jpg

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 maja 2017 18:08
  • piątek, 21 kwietnia 2017
    • Wreszcie robię coś pożytecznego! To lepsze niż pigułka na sen.

       

      DSCF7093a.jpg

       

         Pierwsza była Ada. 6 miesięcy, całkiem spora i pyzata. Wyjątkowo głośna, płaczem domagająca się uwagi. Jej matka wciąż nie zrzeka się praw rodzicielskich, ale odwiedza ją tak rzadko, jak się da, ostatnio raz na miesiąc.

       

         W drugiej salce fika nóżkami Adaś. 4 miesiące. Leży bez pieluszki, na pupie ma jedną wielką ranę od odparzeń. Mimo to na widok pochylającej się nad nim ludzkiej twarzy uśmiecha się od ucha do ucha.

         Przywieziony dopiero co z interwencji policyjnej jako jedyny zasypia zwinięty w pozycji embriona, jakby chciał wrócić do brzucha matki. Śpi nawet kiedy Ada głośno krzyczy. Być może to jego pierwszy spokojny sen od urodzenia.

       

         Olek, 4 miesiące, jest zupełnie inny. Śpi z rączkami szeroko rozrzuconymi na boki, z odsłoniętym brzuszkiem. Jak kot mający pełne poczucie bezpieczeństwa. Jest w ośrodku od 3 miesięcy. Po obudzeniu się leży cichutko, nawet mimo mokrej pieluszki. Uśmiecha się do mnie, cierpliwie czeka, aż ktoś go podniesie, nakarmi. Zasypia na rękach, żal go odłożyć do łóżeczka.

       

         Ale trzeba, bo obok obudziła się Mania. Też się szczerzy bezzębnymi dziąsłami, chwyta za mój palec z siłą  człekokształtnych, i to dorosłych. Ciężko wyrwać ten palec. Ma pióropusz puszystych włosków na głowie, które falują jak nie przymierzając, łan zboża. Próbuję ją nakarmić, ale wygłupia się na całego. Po pięciu minutach cała jestem w kaszce, a ona ryje ze śmiechu.

       

         Odkładam Manię, bo za ścianą rozdzierająco płacze Zosia. Ma 4 tygodnie, nie znam jeszcze jej historii.

         Zachowuje się tak jak pozostałe -€“ one milkną w sekundę po wzięciu na ręce. Albo się przytulają, przysysają do dekoltu, usiłują wcisnąć sobie do buzi brzeg mojej bluzki lub palec (znów ten chwyt), albo rozglądają się ciekawie po świecie. Nieważna mokra pielucha czy pusty brzuszek. Są ciche, również wtedy, kiedy odkładam je do łóżeczka.
         Jakby wiedziały, że nie mogą rozrabiać, bo a nuż więcej nikt ich nie weźmie.

       

         Dwadzieścia łóżeczek, a w nich 20 historii z piekła rodem. Dzieci porzucone w szpitalu po urodzeniu, zostawione w oknie życia, zabrane przez Policję z awantur domowych. Dzieci zdrowe i z upośledzeniem różnego typu. Wszystkie mają jedną wspólną cechę - uśmiechają się do nas tak, że człowiek się topi jak wosk.

       

         W tym kraju dostać tyle bezinteresownego uśmiechu naraz, wcale nie jest normą…

       

         Kto więcej bierze, kto dostaje?

         Oczywiście, MY wolontariusze dostajemy więcej. Już głaskanie kota potrafi umiarowić serce, obniżyć poziom stresu. A wiecie ile daje głaskanie takiej pachnącej główki przez 4 godziny? Żadna piguła na sen nie jest już potrzebna. Człowiek zasypia po tym sam jak niemowlę.

         Choć kręgosłup skrzeczy, bo przecież zapomnieliśmy o prawidłowej postawie przy podnoszeniu, ale co tam kręgosłup...

      Że bez jedzenia do 18.00, bez kropli wody, nawet bez sikania…? No i co?

      Da się.

      I warto.

       

      IOP -€“ Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny w Otwocku czeka na pomocników. Służę pośrednictwem w każdej sprawie. Aktualnie zbieramy książki dla dzieci nowe lub w dobrym stanie, na kiermasze. Przyjmiemy wszelkie fanty na loterie, pomoc w postaci żywności lub środków pielęgnacyjnych (oprócz pampersów, bo tych jest dużo) no i pomoc w lulaniu.

       

      Ta jest bezcenna.

       

      http://www.adopcja.org.pl/nasze_programy_1.php

       

      https://www.facebook.com/search/top/?q=iop%20w%20otwocku%20-%20fundacja%20rodzin%20adopcyjnych

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 21 kwietnia 2017 16:35

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę