Świat na głowie postawiony.

Wpisy

  • niedziela, 17 czerwca 2018
    • Kocham pana, panie Varga Krzysztofie...

      Kocham Pana. Nic na to nie poradzę.


         Tak się złożyło, że z książek Vargi czytałam te najbardziej dobijające - „Trociny" i „Masakrę". Obie napisane językiem niesłychanie inteligentnym, zabawnym, precyzyjnym, ale dobijają prawdą o nas Polakach.
         Choć obiecywał, że książką "Langosz w jurcie" kończy trylogię węgierską (jest po ojcu pół-Węgrem), Budapeszt jest drugim bohaterem najnowszej powieści - „Sonnenberg".

         I znów ten język… Cudownie trafne metafory, ciekawe spostrzeżenia, łączenie faktów w oryginalny sposób. Czyta się to lekko, choć główny bohater wcale lekko nie ma, a wręcz przeciwnie. Wędruje po swoim mieście środkami komunikacji miejskiej opisując rejony Budapesztu z taką dokładnością, jak gdyby zdawał egzamin na taksówkarza. Kocha się w niewłaściwych kobietach (a jakże!), żegna najbliższych przyjaciół (jak to w życiu) i rozmyśla nad swoją i cudzą egzystencją.

         Są tu takie perełki jak refleksje po zwiedzaniu Lizbony i okolic, po których to refleksjach zrobiło mi się głupio, albowiem poczułam się częścią tej grupy, którą opisuje Varga tak:

         „Tak, to była ławica sardynek, zachwyconych tym, że ktoś je wreszcie wepchnął do puszki (mowa o słynnych lizbońskich stareńkich tramwajach, w których jednego dnia kieszonkowcy próbowali nas okraść trzy razy - przypis mój).
      … sardynek szczebioczących, robiących naturalnie nieprzytomne ilości zdjęć, jadących przez dość paskudne przedmieścia Lizbony, by dotrzeć do Belem.
      A na miejscu ogłupiała kolejka turystycznej owczarni cierpliwie stała po legendarne babeczki z cukierni Casa dos Posteis de Belem.

         Przyjechać z drugiego końca by fotografować, a porem zjeść małe ciastko  - oto definicja współczesnego odkrywcy! Wielcy żeglarze wyruszali z portu Belem odkrywać nowe drogi morskie, poszerzać władzę portugalskich królów,(…) krzewić wiarę chrześcijańską, wyzyskiwać tubylców na orientalnych lądach, a współcześni wędrowcy przyjeżdżają sfotografować, a potem zjeść babeczkę z budyniem…"

         Tak było. Posypuję głowę popiołem…

         Na szczęście nie wszędzie odnajduję swoją historię. Ale zachwycił mnie np. ten fragment o ojcu:

      „Mógł się tam zatrzymywać (w Piwiarni Słowackiej), chociaż ponad wszelką wątpliwość się nie zatrzymywał, bo nie pił. (…) Ojciec zawsze do domu wracał patologicznie punktualny i morderczo trzeźwy, a jego punktualność i trzeźwość stawały się poniekąd utrapieniem całej rodziny.

      Niepicie ojca było tak dominujące i tak głęboką zostawiło we mnie ranę, że teraz ja siedzę w piwiarni Trombitas, a także w Piwiarni Słowackiej i nadrabiam wieloletnie pijackie zaniechania mojego ojca, a jeśli rujnuję sobie zdrowie i mitrężę czas konieczny na pożyteczne działania, to tylko z winy mojego ojca, który nie wziął na siebie odpowiedzialności za bycie niepunktualnym, rozleniwionym pijakiem, tak aby jego syn mógł w ramach symbolicznego ojcobójstwa radykalnie odciąć się od jego stylu życia… „

      Albo coś z innej beczki:

      „Lubię Zwingliego za to najbardziej, że zbuntował się przeciw obowiązkowi rezygnacji ze spożywania mięsa w wielkim poście oraz namawiał do jedzenia w tym czasie kiełbasy, co jego wyznawcy, ma się rozumieć, ochoczo podchwycili. Można powiedzieć, że wszystkie rewolucje zaczynają się od problemów z jedzeniem kiełbasy: zazwyczaj wybuchają z powodu braku kiełbasy, albo też z powodu obostrzeń w jedzeniu kiełbasy, nawet gdy kiełbasy nie brakuje.

         To może się wydać dość prostackie, nawet oklepane, ale tak po prostu jest: kiełbasa bywa bardzo często zarzewiem rewolucji politycznych, wojskowych bądź religijnych…”

      Krzysztof Varga „Sonnenberg” 2018 rok.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 czerwca 2018 12:58
  • poniedziałek, 04 czerwca 2018
    • Patrz mi w oczy, maleńki...


         Czas ucieka coraz szybciej. Moje życie zawęziło się niebezpiecznie i zaczynam się obawiać, że któregoś dnia utknę i nie będę mogła się wycofać.

         Kiedyś czas dzieliłam na pracę, dom z mężem, spotkanie z synem, kino, przyjaciół, z rzadka fryzjera czy kosmetyczkę, książkę lub serial. Teraz pozostała praca, rodzina i... Otwock.

      Krótka lista.

      I żeby ktoś mnie zmuszał…

         Nic z tych rzeczy, sama zrywam się dwa razy w tygodniu, żeby już po 9.00 tulić jakieś maleństwo i cieszyć się z kontaktu wzrokowego, każdego uśmiechu i każdej wysączonej butelczyny.

         Razem z dojazdem to ok. 9 godzin tygodniowo. Niby nie tak dużo, ale o 9 godzin mniej czasu zostaje na to kino, przyjaciół czy książki.

         Cierpię? A w życiu! Póki nikt mnie nie przepędza, póki mogę się zajmować konkretnym, wybranym dzieckiem, nie mogłabym zrezygnować.

         Czy to uzależnienie dobrze mi robi?

         Pewnie trochę tak, a trochę nie. Mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby wszystkie panie w ośrodku były tak serdeczne dla nas wolontariuszek, jak ich szefowa. Niestety z tym jest lekki problem. Noszę się od dawna z zamiarem pogadania na ten temat z kimś mądrym, ale wciąż się hamuję. Nie chcę popsuć i tak czasami nieco „trudnych” relacji.

         Nie bójmy się tego powiedzieć - często odnoszę wrażenie, że my tym paniom właściwie przeszkadzamy. Nie umiemy prawidłowo karmić, przewijać, nie wiemy kiedy wziąć na ręce a kiedy właśnie zostawić do spania, kiedy wyjść na dwór i jak ubrać. O to wszystko próbujemy pytać i nie zawsze dostajemy prostą i sympatyczną odpowiedź. Często panie są zirytowane jeśli zrobimy coś nie tak, np. wyjdziemy z dzieckiem na korytarz, choć one do karmienia schodzą się  z niemowlętami ze wszystkich stron i plotkują namiętnie. Itd.

         Myślę, że to jest główny powód dla którego tyle wolontariuszy rezygnuje po jednej czy kilku wizytach. Nikt nie lubi się czuć jak piąte koło u wozu. Do tego dochodzą nie zawsze wdzięczne zajęcia, typu czołganie się po materacach ze starszakami, które już ważą, oj ważą…, mycie mało pachnących pup czy stanie na dworze w skwar czy mróz.

         Ale dobra, nie ma się co użalać. Ja już czuję się na tyle pewnie, że i konfliktów nie mam. To w końcu już 14 miesięcy doświadczeń.

        Spływa po mnie jak po gęsi to, że któraś z pań ma muchy w nosie i  odburkuje monosylabami. Nie dam się zniechęcić, bo widzę efekty mojej pracy z maleńkimi.

         Napisałam ostatnio na Facebooku taki tekst:

      "Mój Rudziku…
      Wiem, że potrafisz skupić wzrok, ale tego nie robisz. Błądzisz po suficie i ścianach, byle tylko nie spojrzeć mi w oczy. Jest w tym zamysł, to nie przypadek.

      Czy to bunt, obrona przed ponownym odrzuceniem? Nie chcesz się do nikogo przywiązać, bo twoja imprezująca matka wypchnęła cię nie tylko ze swojego brzucha, ale i z życia?
      Wtulasz mi się pod obojczyk, byle nie patrzeć w oczy.

      Ale poczekaj… Mam cię! Nie zdążyłeś się odwrócić. Patrzysz mi teraz prosto w oczy przez 20 sekund, na widok moich min zaczynasz się uśmiechać, raz, jeszcze raz i znów hop, na sufit…

      Oooo... już mi nie uciekniesz. Wiem, gdzie cię znaleźć.
      Nie chcesz, ale musisz, znowu uwierzyć w ludzi".😊

         I następnego dnia spotkało mnie wielkie szczęście - mój 4-miesięczny książę nie tylko wgapił mi się w oczy i trzymał wzrokiem długo, długo, ale śmiał się całą gębą, aż się prawie poryczałam ze szczęścia.

         I dla takich chwil warto tam chodzić. I na razie nie zamierzam zrezygnować.

      Cofam wszystko co napisałam na początku….



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Patrz mi w oczy, maleńki...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 czerwca 2018 18:22
  • niedziela, 13 maja 2018
    • Naprawdę "zobaczyć Neapol i umrzeć...?" No, proszę was...

       

         Lubię Włochy jako kraj, choć nigdy nie byłam w nim aż tak zakochana, jak ci, który najchętniej kupiliby dom w Toskanii i przenieśli się tam na stałe. Ja, nawet gdyby mnie było stać, i tak nie wyobrażałam sobie takiej „emigracji”.
         Co innego pojeździć trochę po interiorze, pozaglądać na zaplecze, posmakować lokalnych specjałów, poprzyglądać się ludziom. Wypatrywać wad, żeby potem z czystym sumieniem wrócić do kraju i opowiadać: Phi, niby taki wielki i bogaty kraj, a brudno okropnie, organizacja fatalna, pociągi się spóźniają…

         Przesadzam oczywiście, wolę jeździć tam gdzie jest czysto a organizacja na dworcu działa bez zarzutu. Tyle, że to nie południowe Włochy będą tego przykładem.

          Na majówkę AD 2018 zaplanowałam nieznany nam dotąd kawałek Włoch - Neapol, Wezuwiusz, Ercolano (dawne Herculanum), miasteczka na wybrzeżu Amalfi, od Sorrento przez Positano, Praiano, Ravello aż po Salerno. A potem powrót na północ od Neapolu do Caserty. Jak na tydzień wystarczy.

         Nie ma sensu zanudzać szczegółami. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, proszę o maila na helenarotwand@wp.pl, chętnie podzielę się wszystkim co wiem.
         Jedno co ważne - nie poleciłabym tego miejsca z takim entuzjazmem, jaki wykazują niektórzy blogerzy.
      Może faktycznie, „w d…ch się poprzewracało…”. Może i tak.
      Ale człowiek ma przyrodzoną skłonność do porównań i jeśli widział coś bijącego na głowę wymienione miejsca, nie będzie przecież bujał…

         Powiedziano w piśmie: Zobaczyć Neapol i umrzeć…

         Nie bardzo wiem z czego. Z głodu na pewno nie, bo pizzerie na każdym kroku. Z braku dobrego wina też nie. Z gorąca - prędzej, choć to był dopiero początek maja. Z zachwytu - ostrożnie.       

         Przepiękna katedra i królewski teatr to trochę za mało. Do słynnego posągu Christo Velato stała kolejka na jakieś 6 godzin stania. Sorry.
         Na pewno natomiast można umrzeć wskutek poślizgnięcia się na psiej kupie. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się tak wpaść w centrum wielkiego miasta. To już nie był tylko wstydliwy epizod. To była norma, od rzeczonych psich kup począwszy, poprzez wory ze śmieciami, walające się pod ścianami, wyschnięte badyle w obumarłych kwietnikach, po ohydne mazaje na ścianach zabytkowych lub nie budynków.

       

      Przepraszam, ale nie umiem wstawić zdjęć we właściwym formacie. Wstawiają mi się albo takie olbrzymie, albo miniaturki. Zupełnie nie umiem sobie z tym poradzić.

       

      To Teatr San Carlo w Neapolu:

       

         Nie przeszkadzały mi suszące się przy każdym oknie gacie czy pościel. To nawet wzmacniało koloryt lokalny. Lubiłam zadzierać głowę w wąziutkich na metr-półtora uliczkach, podglądać mieszkańców, wypatrywać pozostałości zabytkowych stiuków czy balustrad. Tyle że właśnie podczas takiego zadzierania głowy wlazłam w to, co wlazłam i mi się odechciało...

          Wezuwiusz jak to wulkan, stroił fochy i popierdywał na biało, ale na szczęście nie wybuchł. Włazi się na niego prawie bez wysiłku, bo niemal do samej góry podwozi autobus, albo własne auto. Na górze można nie tylko pozachwycać się panoramą, widokiem na zatokę, ale też łyknąć miejscowych specjałów, głównie limoncello.

         Takie cuda wypluwa z siebie wulkan:




          Ercolano polecam jako mniejszą ale ciekawszą wersję Pompejów. Strumień lawy podczas wybuchu Wezuwiusza w 79 r. n.e. poszedł głównie na Pompeje, dlatego wszystko oprócz kamieni zostało tam doszczętnie wypalone. Na Herculanum poszła głównie fala gorąca (nawet do 500 st.C), która zabiła ludzi, oraz warstwa popiołu i błota wulkanicznego, która nie spopieliła np. drewnianych stropów i futryn, a jedynie je nadpaliła. Skutkiem tego ocalały nie tylko one, ale też wiele zdobień, freski, drobne przedmioty i wielkie posągi, oraz ludzkie kości.
      Pouczająca wyprawa, a nie tak męcząca jak zwiedzanie Pompejów, gdzie do oglądania są same mury.

       

         Miasteczka na wybrzeżu Amalfińskim są przepięknie położone, ale obejrzeć je można w zasadzie tylko z okien samochodu. Ponieważ przeważnie prowadzi przez nie jedna szosa, która już kilka kilometrów przed i za każdym miastem zastawiona jest w opór samochodami, mimo wszechobecnych zakazów, w samym mieście nie ma centymetra wolnego miejsca do zaparkowania. Przypominam - mówimy o początku maja.
      Co tam się musi dziać w sierpniu - nie chcę nawet zgadywać.

       

         To co udało nam się zobaczyć było śliczne (np. kafelkowa podłoga w kościele St.Gennaro w Praiano), ale jak zwiedzać szerzej, jeśli
      nie możesz nigdzie przycupnąć?
      Kłopot z parkowaniem to nie tylko bolączka malutkich miast. Także w Salerno trzeba się było nieźle nagimnastykować i posiadać niezwykłe zdolności parkowania, żeby wreszcie gdzieś stanąć. Dodajmy - za paskarską cenę 2,00 Euro za godzinę. Parkowanie gratis - uwaga - między 3.00 a 8.00 rano! Kiedy trzeba zostawić samochód na 1,5 doby, sprawa staje się bolesna.

       

       


      Jeszcze z pięknych rzeczy - na pewno powalił nas Pałac Królewski (tzw. Reggia) w Casercie. W holu (116 stopni wykutych z jednego bloku) kręcono np. Gwiezdne wojny, Anioły i Demony itp. Sam pałac ma 1200 pokojów, a po parku jeździ się dorożką lub autobusem (3 km alei). Karol III Burbon chciał pobić przepychem Wersal i pewnie mu się to udało. Jest majestatycznie, imponująco i… przynajmniej nie ma psich kup

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Naprawdę "zobaczyć Neapol i umrzeć...?" No, proszę was...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 maja 2018 19:35
  • czwartek, 26 kwietnia 2018
    • Gdzie się pochowali przeciwnicy aborcji ze względu na uszkodzenie płodu?

       

       

          Kiedy opadła euforia po pikniku na rzecz dzieci z IOP-u, przyszła taka oto refleksja:

      – część „naszych” dzieci należy do grupy tych, które z racji wad genetycznych lub innych uszkodzeń jeszcze w łonie matki (alkohol, narkotyki) nigdy nie staną się samodzielne i będą wymagały dożywotniej opieki. Część tych wad ujawnia się na wczesnym etapie ciąży i te dzieci nie powinny się były nigdy urodzić. Jednak z różnych powodów – religijnych lub wynikających z niewiedzy – te dzieci przyszły na świat i stały się gigantycznym obciążeniem dla swoich opiekunów.  Nie mówiąc o cierpieniach, jakich doświadczają one same.

       

         Po 8 dniach rozpaczliwej walki rodziców o pomoc państwa już wiemy, że pieniędzy na TE dzieci po prostu NIE MA.

         Rzekomo nie ma, bo 4 miliony zł na ławki ministra Błaszczaka, 250 milionów na firmę promującą samą siebie, zamiast promowania Polski, 500 mln na obraz, który i tak należał do Polaków itd., to są.

       

         To ja się pytam -  gdzie są teraz organizacje żądające zakazu aborcji ze względu na nieodwracalne uszkodzenie płodu?

      Pochowały się jak szczury w norach, bo przecież nie mogłyby spojrzeć w oczy tym matkom i tym dzieciom…

       

         Podniosą łeb, kiedy tylko wrzawa wokół tej sprawy ucichnie i znów będą ujadać, że trzeba rodzić, choć z góry wiadomo, że pieniędzy na rehabilitację i leczenie nie będzie!

         Czyli powiedzenie „Pan Bóg dał dzieci, da i NA dzieci” można włożyć między bajki?

         Już nie tylko kościół nie ma zamiaru wspomagać dzieci upośledzonych, ale nawet państwo odwraca się do nich dupą?

       

         Gdzie więc są w tej chwili organizacje PRO-CHOICE?

         Mogłyby wesprzeć matki koczujące w sejmie, piętnując ze wszystkich trybun hipokryzję władzy, która proceduje zakaz aborcji ze wskazań medycznych, ale jednocześnie bezczelnie twierdzi, że pieniędzy na te upośledzone dzieci nie da.

         Przecież wielu z tych dorosłych niepełnosprawnych będzie żyło jeszcze kilkadziesiąt lat. Oni nie znikną, za to umrą ich rodzice, przez co znikną darmowi opiekunowie i problem jeszcze się nasili.

       

         Skoro nie ma pieniędzy na nich, to skąd wziąć na następne niepełnosprawne dzieci, które będą się rodziły, bez względu na przepisy o aborcji?

         A patrząc na to, jak degeneruje się środowisko w którym żyjemy, będzie się ich rodziło coraz więcej.  Mamy na to wiele przykładów w IOP w Otwocku.

      Kto będzie ich utrzymywał?

       

         Przyparcie do muru zmusiłoby  panią minister do odpowiedzi na bolesne i niewygodne pytania. I może przyspieszyłoby jednak uruchomienie specjalnych środków dla tych osób. Na tyle innych bzdetów znalazły się pieniądze…

       

      Czy tylko mnie kogoś w tym konflikcie brakuje?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Gdzie się pochowali przeciwnicy aborcji ze względu na uszkodzenie płodu?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 kwietnia 2018 11:18
  • sobota, 14 kwietnia 2018
    • Niby zdrowa, ale coś jest nie tak...

       

         Od kilku dni jestem najbardziej DOBADANĄ osobą w Polsce!
      Generalnie zawsze uważałam się za zdrową, zwłaszcza od kiedy w liceum wycięto mi migdałki i przestałam łapać co miesiąc anginę.
      Z tego też powodu od kilkudziesięciu lat nie zaznałam antybiotyku, lecząc się znanymi już Państwu preparatami z firmy Invex Remedies z Kielc, czy witaminą C w ilościach przemysłowych.

       

         Niestety, za moją nową pasję, czyli lulanie malców z IOP zapłaciłam dość wysoką cenę - 4 poważne infekcje w ciągu 8 miesięcy, z tego ostatnie dwie zakończone ANTYBIOTYKIEM!!!
          Mój organizm tak się go przestraszył, że już po pierwszej dawce byłam zdrowa, ale tego przecież nie można powtarzać w nieskończoność...

       

         Rozpoczęłam poszukiwania.
         Zaczęłam od... irydologa. Pani doktor z Mongolii zajrzała mi przez oczy prawie do żołądka i poza zaordynowaniem ziółek na tenże żołądek i paru badań dodatkowych, niczego niepokojącego nie zgłosiła. No, to zrobiłam te badania, USG tarczycy, całą serię badań z krwi, na żółtaczkę C, wątrobę, żelazo, witaminę D3 itd.

         Doprawiłam badaniem włosa na zawartość mikroelementów, wapnia, krzemu, potasu, metali ciężkich, w sumie 28.

      I nic.
      Jestem zdrowa jak koń, wyniki mam jak wzorzec z Sevres.

         To skoro jest tak dobrze, dlaczego złapałam następną anginę, a zaraz po skończeniu serii antybiotyku, ciężko się zakatarzyłam...?
         Moja cierpliwość się skończyła. Ruszyłam po medycynę chińską, czyli akupunkturę. Mam za sobą pierwszy zabieg - tylko 3 igły, ale podobno mocne. Wkłucie delikatnie bolało, bolała też głowa po wyjęciu igły z czoła, ale to wszystko. Następny zabieg za 2 tygodnie.
      Myślicie, że to pomoże?
      

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Niby zdrowa, ale coś jest nie tak...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      sobota, 14 kwietnia 2018 08:06
  • sobota, 07 kwietnia 2018
    • Lalka jak żywa? Świat zwariował...

       

         Życie mnie wciąż zaskakuje…
      W Wysokich Obcasach przeczytałam artykuł o nowej… modzie?
      Chodzi o kupowanie za niemałą kwotę (1,5-10 tys. zł) lalki wielkości niemowlęcia, która wygląda i pachnie jak żywa. Oprócz standardowych lalek, można sobie zażyczyć „produktu" odpowiedniej płci czy koloru oczu, a nawet lalki z buzią np. zmarłego dziecka!!!
         Kupuje się je w celach terapeutycznych, gdyż przytulanie CZEGOŚ łudząco przypominającego żywą istotę podobno daje ukojenie, odstresowuje, a także  zapewnia zajęcie, bo lalki się przewija, karmi (nie piersią!) lub wychodzi na spacer…

         Proszę mi powiedzieć, czy ja zwariowałam, czy to świat oszalał???
      Akurat ja jestem pierwsza do wskazywania zalet przytulania, lulania, miziania maleńkiej istoty. To ja zawsze powtarzam, że moja „praca” w IOP w Otwocku daje mi więcej, niż kosztuje. Że taka bliskość z kruchym człowieczkiem to najlepsza pigułka na sen i na dobry humor, sto razy lepsza niż Extazy i Prozac razem wzięte.

         Ale na litość boską, mam na myśli ŻYWE DZIECKO!
      Przecież oprócz przytulenia ważny jest np. kontakt wzrokowy i to czujny. Kiedy myślę już, że dziecina śpi głęboko, jedno oko się otwiera i zapomnij babciu, że odłożysz mnie do łóżeczka… Ramię mi drętwieje, ale nie ma zmiłuj. I to jest cudne.

         A kiedy wczepi mi się we włosy 5 maleńkich paluszków, to choć jest obawa, że za chwilę stracę skalp, czuję się taka potrzebna.

         A fikołki, wygłupy, artykułowanie liter, uśmiechanie się od ucha do ucha, dźwiganie główki…?
      To wypełnia nam dzień oprócz spania i jedzenia.

         A co można robić z lalką???

         Co więcej - tych lalek się nie kupuje, tylko „adoptuje’, z pełną dokumentacją medyczną z chwili urodzin. I nie tylko bezdzietne samotne osoby to robią, ale np. matka czwórki dzieci w różnym wieku bierze sobie piąte.

         Czy tylko mnie wydaje się to chore? Przecież można przytulić psa czy kota, jeśli na żywe dziecko nie ma szansy.
      Czy to nie trąci modą na kolekcjonowanie poduszek z seksownymi panienkami, z którymi sypiają panowie w Japonii?
      Czy nie przypomina horrorów, w których matka nie chce wypuścić z rąk zmarłego niemowlęcia?

      Niech mi to ktoś wytłumaczy...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Lalka jak żywa? Świat zwariował...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      sobota, 07 kwietnia 2018 17:07
  • niedziela, 25 marca 2018
    • Umrzeć od świeżego powietrza...

       

       

          Ciepło się zrobiło, więc gna człowieka na dwór.

          Samemu chce się ruszyć d… i pobiegać wokół jeziorka, bo od ćwiczeń na dywanie wątroba już się gotuje.

         Chciałoby się też wyprowadzić na spacer choć jednego z maluchów w IOP. (http://www.adopcja.org.pl/nasze_programy_1.php) Tydzień temu nagle zrobiło się +10, więc wyszłam na dwór z maleńką Rózią, dzieckiem urodzonym zimą, którego jedyny kontakt ze światem zewnętrznym ograniczył się jak dotąd do przeniesienia ze szpitala do karetki i z karetki do naszego ośrodka.

         Najpierw dziecko przeżyło szok termiczny, bo po tych 24 st. w ośrodku dostało w twarz dziesięcioma stopniami. Nie dość że zupełnie nieznane otoczenie, niebo i drzewa, a w dodatku obraz się ruszał!!!… Rózia wytrzeszczyła oczęta i zamilkła na dobre 10 minut. Potem spała jak zabita przez następne 1,5 godziny.

      Chciałoby się lecieć na skrzydłach i wyprowadzać natychmiast całe tabuny, najlepiej 10 wózków naraz, jak to się dzieje latem.

       

      12.jpg

         Jest tylko jedno „ale”.

      Przypadkiem dziś rano usłyszałam w „raporcie smogowym”, że dziś najbardziej zatrute powietrze jest w Wodzisławiu, Rybniku i…Otwocku.

         Przecież od końca XIX to miasteczko znane było jako miejscowość sanatoryjno-uzdrowiskowa!

         A teraz Wikipedia podaje, że Otwock znajduje się w czołówce rankingu polskich miast z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Rakotwórczym!!!

         Kiedy rok temu wracaliśmy z nart przez Wodzisław, nie wierzyłam, że coś takiego dzieje się naprawdę. Podczas wieczornego spaceru przez rynek mieliśmy wrażenie, że siedzimy okrakiem na lokomotywie parowej i to tuż za kominem. Wyobraziłam sobie młode matki, które z poczucia obowiązku chcą wyjść z dzieckiem na „świeże powietrze”, tylko potem będą musiały to świeże powietrze wyciągać dziecku z nosa przy pomocy wyciora…

         Jakoś nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z grozy sytuacji.

        Teraz naprawdę jestem w kropce. Czy lepiej wyprowadzać dzieci mimo tego syfu w powietrzu, czy dla ich dobra trzymać je pod dachem, z dala od słońca i spalin?

         Ktoś ma jakiś pomysł?


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Umrzeć od świeżego powietrza...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 marca 2018 15:18
  • czwartek, 08 marca 2018
    • Przepis na singielkę.

       

         Na imprezie wśród ośmiu osób w wieku 35-60 znalazło się tylko jedno małżeństwo, pozostali byli rozwiedzeni, lub nie zabrali partnera ze sobą.
      Znak czasów?

          To właściwie dlaczego czepiamy się młodych, że nie umieją zbudować trwałych związków?
      Niby skąd mają brać przykład?

          Za tym idzie następne pytanie, które pojawiło się w dyskusji: skąd bierze się taka ilość singli, a konkretnie w Warszawie - singielek.
          Najmłodsza z nas opowiedziała o doświadczeniach ze swojego kręgu - że młode kobiety nie chcą się wiązać tak zaraz po szkole, że też chcą poużywać życia, co jakby dotąd było zarezerwowane dla mężczyzn. Około 30-stki dojrzewają, a wtedy już jest trudniej. Fajni faceci są już zajęci albo jeszcze nie dojrzeli do związku. Kobietom nadal tak bardzo nie zależy, wiążą się więc (często) z młodszymi, którzy nie są tak roszczeniowi, są za to spontaniczni i wyluzowani.

          Tylko czy to akurat jest materiał na wicie gniazda...?
      A czy kiedy 40-stka zapuka do okna, a potem 45 i 50, nadal będą takie zadowolone?

          Ja akurat znam zgoła inne przypadki, a zwłaszcza powody takiego stanu rzeczy.
      Patrząc na Warszawę i instytucję "słoików" nietrudno zauważyć, że ogromna masa przyjezdnych to właśnie kobiety. Nie chcą siedzieć w małych miasteczkach, w których upadł największy zakład produkcyjny, albo pobliski PGR. Jadą do dużych miast, wynajmują jakiś pokoik, idą na zaoczne studia, pracując jako kelnerki czy sprzedawczynie w butikach. Nie są już tymi zahukanymi dziewczynami ze wsi, którym kiedyś wystarczało żeby oświadczył się jedyny wolny facet w okolicy. 
       
          Nie są też jednak kandydatkami dość dobrymi dla japiszonów z korporacji, z tymi swoimi tipsami we wzorki i kozaczkami w panterkę.
         Ale dla nich już nie są dość dobrzy chłopcy z budowy, kierowcy dostawczaka czy dozorca.
      Impas trwa.

          Nie lepiej się dzieje w grupie kobiet, które postawiły na prawdziwą karierę. Skończyły bardzo dobre studia, najlepiej dwa kierunki, znają świetnie język obcy, najlepiej dwa-trzy, mają posadę w międzynarodowych instytucjach, jeżdżą na placówki.
      Po 30-stce zaczynają się rozglądać za kandydatem na męża i ojca dziecka. A tu bryndza.
          Im nie tylko kierowca ani budowlaniec nie podchodzi.
      Większość pracowników etatowych niestety nie sięga im do pięt. Nie tylko zarabiają dużo mniej, ale nie pasują też do towarzystwa, w którym obraca się kobieta.
          Z całym szacunkiem, kierowca TIRa na Gali Biznesu? Kierownik sklepu spożywczego z osiedla na panelu dyskusyjnym po angielsku?

       

      Jak żyć, proszę Pań i Panów? Jak żyć?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Przepis na singielkę.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 marca 2018 14:52
  • czwartek, 22 lutego 2018
    • Łapy precz od zegarów!

       

         Może Parlament Europejski podejmie wreszcie jedyną słuszną decyzję, żeby się raz na zawsze odczepić od zegarów... Niech one sobie idą w znajomym trybie, niech nikt ich nie szarpie co pół roku, wywołując u ludzi stres, depresje, większą ilość zawałów i wypadków w drodze do pracy.

         Osobiście jestem za, zwłaszcza od kiedy z nudów na urlopie w Austrii zaczęłam obserwować wschody i zachody słońca, porównując je z naszymi warszawskimi.

         I okazało się, że jako państwo znów jesteśmy w plecy, choć cios przychodzi ze strony najmniej oczekiwanej - słońca! 😮

         Niby jesteśmy na kontynencie tak małym w skali globu, że nie powinno być żadnych zauważalnych różnic w długości dnia.

      A jednak.

         Nasz najdłuższy dzień w roku trwa 16’47 godzin. Zaś najkrótszy - 7’42

      W takim np. Salzburgu - rzut beretem - latem jest ciut mniej, bo 16’02, za to zimą - 8’24 (!!!) Chyba zimą te 42 minuty nam też są bardzo potrzebne?!

      Madryt już w ogóle jest bezwstydny - latem dzień trwa 16’04 godziny, ale zimą - aż 10’17!

      Dwie i pół godziny więcej niż u nas!😠

         Ale sprawa nie kończy się na długości dnia. Równie ważne są pory, kiedy słońce się pojawia i znika.

      I tu można się wkurzyć na poważnie. W Madrycie zimą jasno się robi o wpół do dziewiątej. W Polsce JUŻ o 7,42. Też mi różnica! My wtedy dawno jesteśmy w pracy, więc jest nam obojętne, za to Hiszpanie dopiero się wykluwają.

         A kiedy my sobie „odbieramy” swoje godziny?

      Ano latem, o 4,14!!!

      Po ch... komu słońce o 4’14 rano??? Kto na tym korzysta?

      Wędkarze?

      Innych tylko doprowadza do szału, jeśli zasłony za cienkie.

         Za to wieczorem my o 21:00 możemy już iść spać, a taki Madryt bawi się do 21’47, zaś Stockholm - uwaga - do 22.00.

      Zaprawdę, nie ma sprawiedliwości na świecie...😪😭

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Łapy precz od zegarów!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 lutego 2018 14:24
  • niedziela, 11 lutego 2018
    • FASolki to ciężko skrzywdzone dzieci.

       
         Czy należy karać matki w ciąży za nałogowe picie alkoholu czy ćpanie?
      Podobno w Szwecji w takich wypadkach wykonuje się przymusową aborcję. Może to jest jakieś wyjście...?
         Może wtedy mniej tak ciężko poszkodowanych malców trafiałoby do IOP w Otwocku?

         Kiedy po zakończonej sukcesem walce o zdrowie mojego królewicza na heroinowym odwyku trafiła mi w ręce 4-tygodniowa dziewuszka, myślałam, że choć jedna miała trochę szczęścia. Wydawała się absolutnie zdrowa. Jej rytm dnia to gapienie się ogromnymi niebieskimi oczami, wierzganie nogami i kicanie na moim udzie, uśmiechanie się od ucha do ucha, dźwiganie się jak na siłowni, wciągnięcie butli mleka i fajt - śpi! I tak w kółko.😊

        Boże, coż to za odmiana po tamtym biedaku...

        Niestety, radość trwała krótko. Jak się dowiedziałam, dziewczynka ma FAS (fetal alcohol syndrom), matka ponoć piła strasznie.
         Taka diagnoza to wyrok. Dzieci z FAS-em właściwie są przegrane na starcie. Nie rosną, nie rozwijają się, w szkole sobie nie radzą. Mamy niestety takie przypadki w ośrodku preadopcyjnym. One na adopcję nie mają szans, są zbyt upośledzone.

         Ja, póki co, nie przyjmuję tego do wiadomości. Do Strasburga pójdę i będę żądać zmiany diagnozy! Że główka za mała? Nie może być! Kiedy wtula mi się pod pachę i zasypia, jest akurat!
        Że górna warga za wąska? I za mało czerwona? Jak dorośnie, to się ostrzyknie kolagenem, też mi problem...😉

        Ale bruzdkę pod nosem ma jak trzeba! I oczy duże, szeroko otwarte, nie mongolskie. I co najważniejsze - nie ma żadnych objawów typowych dla FASolek. Psychicznych ani fizycznych. Nie ma się czego czepić ani rehabilitant, ani pedagog. Rozwija się fantastycznie, co 3 dni widzę postęp. Mam wrażenie, że ona już wyprzedza swoich rówieśników.

         Może naprawdę miała szczęście? Może jej organizm wytworzył jakiś system obronny przed wódą, która normalnie dociera do organizmu płodu w 30 minut po wypiciu przez matkę i osiąga TO SAMO STĘŻENIE. Tyle że matka kiedyś wytrzeźwieje, a dziecko niekoniecznie. 😥

         Podobno nawet jednorazowe upicie, zwłaszcza w pierwszych miesiącach ciąży, może wywołać nieodwracalne skutki. Jak wytłumaczyć to kobietom, które mają w planach, a w każdym razie dopuszczają możliwość zajścia w ciążę?
         Gdyby zobaczyły naszą prawie roczną podopieczną, która ma rozmiar 2-miesięcznego dziecka, nie siedzi, nawet nie raczkuje, a przy tym chyba chce się zagłodzić, bo musi być karmiona sondą, może coś by do nich dotarło.
      Bo nawet lampka wina dziennie podobno może być tragiczna w skutkach.
         I kto to mówi? Osoba którą swojej lampki wina codziennie będzie bronić jak niepodległości!
         No tak, ale ja w ciąży nie jestem...


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „FASolki to ciężko skrzywdzone dzieci.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 lutego 2018 08:25

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę