Świat na głowie postawiony.

Wpisy

  • piątek, 21 kwietnia 2017
    • Wreszcie robię coś pożytecznego! To lepsze niż pigułka na sen.

       

      DSCF7093a.jpg

       

         Pierwsza była Ada. 6 miesięcy, całkiem spora i pyzata. Wyjątkowo głośna, płaczem domagająca się uwagi. Jej matka wciąż nie zrzeka się praw rodzicielskich, ale odwiedza ją tak rzadko, jak się da, ostatnio raz na miesiąc.

       

         W drugiej salce fika nóżkami Adaś. 4 miesiące. Leży bez pieluszki, na pupie ma jedną wielką ranę od odparzeń. Mimo to na widok pochylającej się nad nim ludzkiej twarzy uśmiecha się od ucha do ucha.

         Przywieziony dopiero co z interwencji policyjnej jako jedyny zasypia zwinięty w pozycji embriona, jakby chciał wrócić do brzucha matki. Śpi nawet kiedy Ada głośno krzyczy. Być może to jego pierwszy spokojny sen od urodzenia.

       

         Olek, 4 miesiące, jest zupełnie inny. Śpi z rączkami szeroko rozrzuconymi na boki, z odsłoniętym brzuszkiem. Jak kot mający pełne poczucie bezpieczeństwa. Jest w ośrodku od 3 miesięcy. Po obudzeniu się leży cichutko, nawet mimo mokrej pieluszki. Uśmiecha się do mnie, cierpliwie czeka, aż ktoś go podniesie, nakarmi. Zasypia na rękach, żal go odłożyć do łóżeczka.

       

         Ale trzeba, bo obok obudziła się Mania. Też się szczerzy bezzębnymi dziąsłami, chwyta za mój palec z siłą  człekokształtnych, i to dorosłych. Ciężko wyrwać ten palec. Ma pióropusz puszystych włosków na głowie, które falują jak nie przymierzając, łan zboża. Próbuję ją nakarmić, ale wygłupia się na całego. Po pięciu minutach cała jestem w kaszce, a ona ryje ze śmiechu.

       

         Odkładam Manię, bo za ścianą rozdzierająco płacze Zosia. Ma 4 tygodnie, nie znam jeszcze jej historii.

         Zachowuje się tak jak pozostałe -€“ one milkną w sekundę po wzięciu na ręce. Albo się przytulają, przysysają do dekoltu, usiłują wcisnąć sobie do buzi brzeg mojej bluzki lub palec (znów ten chwyt), albo rozglądają się ciekawie po świecie. Nieważna mokra pielucha czy pusty brzuszek. Są ciche, również wtedy, kiedy odkładam je do łóżeczka.
         Jakby wiedziały, że nie mogą rozrabiać, bo a nuż więcej nikt ich nie weźmie.

       

         Dwadzieścia łóżeczek, a w nich 20 historii z piekła rodem. Dzieci porzucone w szpitalu po urodzeniu, zostawione w oknie życia, zabrane przez Policję z awantur domowych. Dzieci zdrowe i z upośledzeniem różnego typu. Wszystkie mają jedną wspólną cechę - uśmiechają się do nas tak, że człowiek się topi jak wosk.

       

         W tym kraju dostać tyle bezinteresownego uśmiechu naraz, wcale nie jest normą…

       

         Kto więcej bierze, kto dostaje?

         Oczywiście, MY wolontariusze dostajemy więcej. Już głaskanie kota potrafi umiarowić serce, obniżyć poziom stresu. A wiecie ile daje głaskanie takiej pachnącej główki przez 4 godziny? Żadna piguła na sen nie jest już potrzebna. Człowiek zasypia po tym sam jak niemowlę.

         Choć kręgosłup skrzeczy, bo przecież zapomnieliśmy o prawidłowej postawie przy podnoszeniu, ale co tam kręgosłup...

      Że bez jedzenia do 18.00, bez kropli wody, nawet bez sikania…? No i co?

      Da się.

      I warto.

       

      IOP -€“ Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny w Otwocku czeka na pomocników. Służę pośrednictwem w każdej sprawie. Aktualnie zbieramy książki dla dzieci nowe lub w dobrym stanie, na kiermasze. Przyjmiemy wszelkie fanty na loterie, pomoc w postaci żywności lub środków pielęgnacyjnych (oprócz pampersów, bo tych jest dużo) no i pomoc w lulaniu.

       

      Ta jest bezcenna.

       

      http://www.adopcja.org.pl/nasze_programy_1.php

       

      https://www.facebook.com/search/top/?q=iop%20w%20otwocku%20-%20fundacja%20rodzin%20adopcyjnych

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 21 kwietnia 2017 16:35
  • czwartek, 13 kwietnia 2017
    • Alleluja i do przodu!

       

      Szanowni Czytelnicy,

      Wszystkiego naj-naj, spokoju, odpoczynku, zgody przy stole i poza nim, słonecznych spacerów, w telewizji tylko „Siedmiu wspaniałych” albo "Pretty woman", żadnych miśków czy szyszek, a ze zwierząt futerkowych wyłącznie zająca

       

      życzę

       

      Ja.

       

      Niech Moc będzie z Wami!

       

      Przesyłam parę pomysłów na jaja... Smacznego!

       

      IMG_3733.jpg

       

      IMG_0007.jpg

       

      P1080799.JPG

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 kwietnia 2017 21:18
  • czwartek, 30 marca 2017
    • Jubileusz rodziców, audiobooki i porządki w szafie

       

       

         Czas ucieka nie wiedzieć jak i kiedy, a zwłaszcza po co.

      Moi rodzice dopiero obchodzili Złote Gody, a tu nagle… Diamentowe!

      Sześćdziesiąte!

          Jeśli mąż po 50-ciu latach małżeństwa trafia do Męczenników (podobno), to dokąd trafia żona, która od 60 lat pielęgnuje swojego męża?

        Chyba do aniołów, choć powinna raczej do archaniołów, gdyby tam przyjmowali kobiety… 

       

         Pomyślałam, że taka okazja się raczej nie powtórzy, więc zaczęłam przygotowywać Jubileusz trochę inaczej, niż się to zwykle odbywało.

      Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pochwalę się na blogu. Na razie chciałam pochwalić kogoś innego.

       

          Przypadkiem trafiłam na dziewczynę, która - jak się okazało, nie jedyna - wyplata okolicznościowe kartki. Znów się okazało, że jakaś zapóźniona jestem, bo takie hobby uprawia sporo osób. W dodatku do ich dyspozycji powstał już cały przemysł, produkujący elementy ozdób wszelakich, aby dało się z nich złożyć żądany motyw.

         Pozostaje mieć tylko trochę fantazji i powstają takie cuda.

       

       IMG_0687-k.JPG

       

      IMG_0690-k.JPG

       

      IMG_0702-k.JPG

       

         Karty są opakowane w osobne pudełko, również zdobione.

      Ja zdecydowałam się zamówić kartę dla rodziców u Aloshy , na jej blogu http://przy-kominku.blog.onet.pl/

         Wygląda pięknie. W środku jest papier do wpisania życzeń. Będę chciała, aby wszyscy zaproszeni goście złożyli na niej swoje podpisy.

      Może komuś z Was przyda się ten pomysł?

       

         W ramach robienia porządków w książkach trafiłam na parę miniaturowych wydań. Jednym jest Manifest Rewolucyjny Marksa.

        Nie trzeba nawet używać lupy, żeby go przeczytać. Pomyślałam sobie, że ktoś czyje poglądy da się zmieścić w takim formacie, nie miał chyba za wiele do powiedzenia…

       

      DSCF6997.JPG

       

      DSCF6998.JPG

       

      DSCF6999.JPG

       

         Ostatnio cierpię na lekkie rozdwojenie jaźni, ponieważ w domu czytam książki papierowe, zaś uciekając od wiadomości, które mogą przyprawić o ciężką nerwicę, w samochodzie słucham audiobooków. Wcześniej praktykowałam to tylko w delegacjach na kilkusetkilometrowych trasach. Teraz od każdego zapięcia pasów, aż do ich rozpięcia słucham.

       

         Specyfika jazdy po mieście wymaga, aby nie była to literatura zbyt skomplikowana, żaden Joyce ani Houellebecq. Najlepiej kryminał.

         Ważna jest też osoba czytającego.

       

         Moim wielkim rozczarowaniem była Iza Kuna czytająca „Kuzynki” Pilipiuka. Nie wiem nawet, czy jest to dobra czy słaba książka, bo została fatalnie przeczytana, choć panią Kunę jako aktorkę bardzo lubię.

       

         Na drugim biegunie znajdują się książki czytane przez Macieja Stuhra, w tym „Czerwony kapitan” i trylogia o detektywie Strike’u niejakiego Roberta Galbraitha. Może nie wszyscy wiedzą, że serię ową napisała pod pseudonimem J.K. Rowling, widocznie kiedy już miała dość Harry Pottera.

         Z Harry Pottera nie czytałam ani jednej strony, za to jej „Trafny wybór” mile mnie zaskoczył. Nie podejrzewałam jej o taką wszechstronność, bo to zupełnie inny kaliber.

       

         Seria o detektywie naprawdę wzbudza podziw. Nie byłam nigdy fanką kryminałów, ale od tych trzech ciężko się oderwać. To znaczy ciężko wysiąść z samochodu, bo Stuhr robi wszystko, żeby człowiek spóźnił się do pracy. Wielogłosowość, dopasowanie się do płci, wieku, nastroju a nawet postury poszczególnych postaci sprawia wrażenie, że mamy prawie słuchowisko.

       

        Wykrzyczane emocje, wyszeptane wyznania, to wszystko wciąga i pobudza wyobraźnię. Choć  właściwie my nie musimy już sobie wyobrażać postaci, Stuhr zrobił to za nas.

         "Wołanie kukułki", "Jedwabnik", "Żniwa zła". 

         

      Wielki talent, wielkie zaangażowanie w pracę.

      Kocham Pana, Panie Maćku.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 marca 2017 18:26
  • środa, 15 marca 2017
    • Wiosna nasza?

       

         Wiosna nie chce przyjść, ale wcale jej się nie dziwię.

         Rzeź drzew, która się dokonała za pozwoleniem władz, zniechęciła ptaki do zakładania gniazd. Ptaki głupie nie są, co się będą budować na terenie przeznaczonym do rozbiórki…?

       

         Dobra zmiana trafiła więc i do lasu, i to nie tylko za sprawą myśliwych szalejących za żubrami.

         Od zucha uczono mnie, że mech porasta drzewa od północnej strony. Widać jednak przyroda tak osłupiała wskutek tego, co się w Polsce wyrabia, że mchu… mchowi… temu mechu pomyliły się kierunki i rośnie na wszelki wypadek z każdej strony.

       

      DSCF6928.jpg

       

          8 Marca powędrowałam pod siedzibę rządzącej partii na Nowogrodzkiej.

          Nigdy tam wcześniej nie byłam. Budynek z bliska wygląda okropnie. Spłowiałe listewki, kiedyś zapewne ozdoba betonowych ścian, dziś tylko straszą. Tu i ówdzie sterczy klimatyzator. Widać równych i równiejszych.

         Najbardziej rozbawiło mnie to zestawienie:

        DSCF6944.jpg

       

      Chyba wiem, jakiej specjalności lekarze tam pracują.

       

         Swoją drogą ciekawe, jaki czynsz płaci przychodnia za przebywanie w takiej bliskości od PANA…?

      I za szyld większy od właściciela budynku.

         A właściwie dlaczego PiS nie inwestuje w remont?

         Pewnie przymierza się do przenosin do Belwederu…? Albo do Pałacu Prezydenckiego. 

         Pełniącego obowiązki Prezydenta, A. Dudę przeniosłoby się na Nowogrodzką, albo gdzieś dalej, żeby nie kłuł w oczy wzrostem.

       

         Co tam Pałac Prezydencki, głupstwa mówię! Zamek Królewski będzie bardziej odpowiedni!

       

         Hasła na demonstracji:

       

      DSCF6942.jpg

      DSCF6937.jpg

       

         Żeby odreagować poszłam na kolejny spektakl Andrzeja Poniedzielskiego „MELO-NIE-DRAMAT” w Kuźni Kulturalnej w Wilanowie.

         Wiem, wiem, nudna jestem z tym Poniedzielskim. Ale co poradzić, że nikt mnie nie potrafi tak odprężyć, rozbawić do łez, wzruszyć jak on?

         Tym razem więcej było liryki, melancholii, refleksji nad światem, choć i mądrego dowcipu nie brakowało.

      Uwielbiam tę jego uderzająco prostą logikę:

       

      …”to piosenka która mówi:

      Jak się nie ma co się lubi,

      to nie lubi się i tego, co się ma…”

       

         Kocham go za patriotyzm (choć to takie dziwne słowo), kiedy z wrodzoną kulturą ale i zatroskaniem mówi o naszych wielu matkach:

       

      „Mam taką matkę w kratkę,

      Mówię Kraj,

      Myślę Oj... -

       

      - czyzna…”

       

         Nie ma u niego jadu, pustej złośliwości. Raczej delikatne szpileczki, kiedy opowiada, że polityka jest tak straszna, że trzeba tego naprawdę potrzebować, żeby się w nią pchać.

         Czyli jeśli ktoś poszedł w politykę, znaczy... poszedł... za potrzebą.

       

      I tak dalej.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      środa, 15 marca 2017 19:07
  • piątek, 03 marca 2017
    • Ach, ten antykatolicki Pokot...

       

         Na „Pokot” Agnieszki Holland poszłam z dwóch powodów. Po pierwsze mam zaufanie do niej, a także do jurorów Berlinale. Skoro się tak bardzo poznali na naszym filmie, to wstyd byłoby nie zobaczyć.

       

         Po drugie chciałam się dowiedzieć, o co chodzi z tym „antykatolickim” czy „antykościelnym” wydźwiękiem filmu. Tak poważne oskarżenia mógł zebrać tylko dobry film. Zwłaszcza że Jedynka TVP nie zająknęła się ani jednym słowem na temat Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie. Ale to wiemy nie od dziś, że międzynarodowe uznanie nie ma żadnego znaczenia, jeśli adresat nie jest „nasz”.

       

         Ostatnim powodem, choć wstyd się przyznawać, była chęć zobaczenia mojego faworyta, nad którym pastwię się od kilku lat, czyli Jakuba Gierszała.

         Podobno z pustego i Salomon nie naleje. A jednak z Henia Gołębiewskiego dało się wycisnąć niezłą grę, choć dopiero w „Edim”. Tak też miałam w sobie wiarę, że Agnieszka Holland uczłowieczy nawet Gierszała.

       

         No to zacznę od niego.

      NIE ZAWIODŁAM SIĘ!!!

         Pan Jakub jednak zaczyna od uśmiechania się (koniec sceny), więc zaskowyczało serce moje.

      Atak padaczki był już dłuższy, ale nadal nic nie mówił.

         Za to później się rozgadał i poszło jak z płatka. Znawcom Rancza jego sposób mówienia nieodparcie nasunie księdza Macieja, ale to mi akurat zupełnie nie przeszkadzało. Lubię księdza Macieja.

      A poza tym – super.

       

         A propos księdza, cóż poradzić, że jednym z głównych „agresorów” w filmie jest ksiądz? Bo niby skoro sam Bóg powiedział ludziom „Czyńcie sobie ziemię poddaną” to tym samym legitymizował zabijanie zwierząt i trzymanie ich w nieludzkich warunkach (???).

         Nic dziwnego, że głoszenie takich herezji zostało tutaj przykładnie ukarane. Chyba przez samego Pana Boga (który jak podejrzewam ma dość wycierania sobie nim gęby), choć za pośrednictwem sroki…

        I macie film "antykatolicki"...

       

         A reszta wrażeń…?

         Cóż, film jest po prostu piękny. Malarski, klimatyczny, mistyczny. Krajobrazy są tak dobre jak u Kolskiego, mgły jak welony, sarny mają oczy jak Madonny Rafaela, dzik włazi bez pytania do stodoły (ale to znamy choćby z warszawskiego Ursynowa), a pomieszanie stylów mile zaskakuje.

         Znakomita jest Agnieszka Mandat jako główna bohaterka. Los nie dał jej dotąd wielu ciekawych ról do zagrania. Nie widzę jej zresztą w większości wielkich postaci dramatycznych, jej warunki i sposób mówienia są stworzone do TEGO właśnie filmu.

         I dobrze, że choć raz trafiła na rolę życia. Jest bardzo przekonywująca.

         I pomyśleć, że mało brakowało, a zagrałaby Stacha Celińska. Przy całej sympatii do Celińskiej, nie wyobrażam jej sobie przedzierającej się przez las i tonącej po pas w śniegu. O scenach dyskretnie rozbieranych nie mówiąc.

         Może z tego powodu Celińska zrezygnowała na 3 tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć, otwierając Agnieszce Mandat drogę do pięknej roli.

       

         Wstyd przyznać, ale książki Olgi Tokarczuk jeszcze nie czytałam. Mam zamiar nadrobić to zaniedbanie jak najszybciej. Czeka już na mnie Paczka w Ruchu.

       

         A na razie gorąco polecam film.

       

      682597_1.1.jpg

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 03 marca 2017 12:14
  • czwartek, 23 lutego 2017
    • Nauka nie boli, każdy pretekst jest dobry.

       

         Kontynuując jeszcze przez chwilę wątek z poprzedniego wpisu, opowiem o moich doświadczeniach handlowych.

      Może się przydadzą.

         Cóż, żądza zarobku niesie z sobą różne konsekwencje. Przypływ gotówki - czasem, rozczarowania - często, ale zawsze kupę roboty.

       

          Nie oszukujmy się. Sprzedawanie drobnych przedmiotów, dla których nie znaleźliśmy miejsca w swoim ani w zaprzyjaźnionych domach, to też praca na cały etat.

         Zaczynamy od zdjęć, najlepiej kilku. Do tego potrzebujemy nie tylko dobrego aparatu, ale i odpowiedniego miejsca, tak aby w tle nie znalazła się szczotka, telewizor czy szklanka z niedopitą herbatą.

          Wstawienie ogłoszenia na OLX czy Allegro to sprawa prosta, trwa kilka chwil. Dłużej trwa podjęcie decyzji, czy wyróżniamy ogłoszenie, czy nie. Jeśli tak – idzie za tym przelew, a to też trwa.

       

         W takim momencie nie zadajemy sobie trudu żeby sprawdzić, pod jakim dokładnie hasłem ludzie wstawiają podobne przedmioty. Wbrew pozorom jest to ważne. Np. OLX ma bardzo słabą wyszukiwarkę, która pokazuje tylko dokładnie te określenia, które wpiszemy, nie szukając podobnych.

         I tak jeśli wstawimy – strzelam – „serwis z porcelany”, to nie znajdą go ci, którzy szukają „serwisu porcelanowego”. W ten sposób nawet wyróżnienie płatne nie gwarantuje dużej ilości odwiedzających.

          Niektórzy już się nauczyli i w tytule wstawiają różne odmiany przedmiotu (bluzka , bluzeczka), jak i określenia (jedwabna, z jedwabiu itd.) Chyba trzeba tak robić.

       

         A potem, zwłaszcza jeśli dajemy wiele ogłoszeń, to już w koło Macieju obsługa, czyli odświeżanie, i odpowiadanie na pytania zainteresowanych.

       

         Kilka rzeczy naprawdę mnie zdziwiło. Po pierwsze to, że zdecydowanie więcej zbieraczy starych sztućców czy porcelany to… mężczyźni (!!!)

         Na pierwszy ogień poszedł spory komplet starych rosyjskich (radzieckich!) filiżanek do herbaty, z których dawno oblazł złoty pasek. Kupił je właśnie pan, który przysłał po nie… żonę.

         Żona nie chciała nawet rzucić na nie okiem. „To sprawa męża” – powiedziała.

       

         Stare platerowane sztućce też pochłonął mężczyzna, który dla odmiany musi się ukrywać przed żoną. „Zabrania mi kupować nowe” – powiedział. „Chowam je w drugim mieszkaniu”.

      Hmm... Inni w drugim mieszkaniu ukrywają kochankę, a ten – widelce.

       

         Trzeci pan wypytywał mnie przez telefon, czy ta cukiernica ma jakieś logo. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie.

      „To ja ją biorę w ciemno!” – zakrzyknął uradowany.  „To musi być moja cukiernica”!

       

         I takie to ciekawe rozmowy prowadziłam z panami. Dobrze że mój mąż niezazdrosny. :)

       

          Zaskoczyła mnie też przedziwna pasja zbieraczy. Pani, która przyjechała po kawowy serwis, przetrząsnęła mi szafki i zupełnie ignorując bajecznie zdobione bawarskie zestawy śniadaniowe, wygrzebała zapyziałe, maleńkie i zdekompletowane filiżanki, których z pewnością nie odważyłabym się nikomu zaproponować.

         Były pozbawione wszelkich ozdób, miały tylko logo polskiej fabryki,  której -  nie pamiętam. Nawet nie zdążyłam ich wyczyścić, kiedy ona ucieszona wyszła ze swoim skarbem.

       

         Niewątpliwie taka działalność ma jedną wielką zaletę – człowiek się uczy.

         Wcześniej hasło Fraget nic mi nie mówiło. Teraz wiem, że to poprzednik Hefry, czyli platery sygnowane tą nazwą muszą pochodzić z okresu międzywojennego.

         Nie wpadłabym też na to, że SORAU to obecne Żory i że filiżanka z takim logo też musi pochodzić sprzed 1945 roku. Wtedy to fabryka została zbombardowana i nigdy się nie odrodziła.

      I tak dalej…

       

      Okazuje się, że nie tylko podróże kształcą...

       

      IMG_4778.jpg

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2017 12:24
  • czwartek, 09 lutego 2017
    • Od przybytku głowa nie boli. Podobno...

       

         Kto likwidował mieszkanie po starszej osobie wie, że to jest praca na pełny etat.

       

         Od progu  wpadają nam w ramiona tysiące przedmiotów, a każdy oznacza decyzję - co wziąć sobie, co wyrzucić, co spróbować sprzedać, i za ile, a co rozdać biednym. Począwszy od tych używanych na co dzień, talerzy, szklanek, sztućców, poprzez ubrania i buty, pościel czy obrusy, skończywszy na omszałych od kurzu sprzętach typu moździerz, żelazko na duszę, kryształowe wazony, czy kilo cukru z 1959 roku. Kołnierze z lisów, mocno wyleniałe, ozdoby choinkowe ręcznie wyplatane pół wieku temu (może nawet przez nas), makatki i książki pozierają na nas z każdego kąta.

       

         Mamy tu  Encyklopedię Powszechną, bodaj trzynastotomową, która w dobie internetu  przyda się może tylko do uszczelnienia okien, gdyby sroga zima. Mamy słowniki wyrazów obcych sprzed 40-stu lat, w których nie znajdziemy wielu dziś niezbędnych słów, takich jak napęd, dysk zewnętrzny, karta pamięci, smartfon, melanż czy outsorsingować.

       

         Znajdziemy za to słynne „Jedynie praktyczne przepisy” pani Ćwierczakiewiczowej według wydania z 1885r., ale druk o 100 lat nowszy („Skoro już karmnik przeznaczony jest do zabicia, to w wigilję tego dnia nic mu już jeść dawać nie trzeba, tylko kilka razy poić…”

         Karmnik to wieprzek, a dalej mamy szczegółowy opis, jak mu skrócić życie, brrr…)

       

         Musimy też zagospodarować dziesiątki słoików z dżemem, kiszonymi ogórkami czy wiśniami, z których odlano kiedyś nalewkę. Dobrze, jeśli widnieje na nich data i nie jest to na przekład rok 1990.

         Znajdą się z pewnością świeże i przeterminowane zioła, makarony i kasze, ale to nic nowego. Sami mamy tego dość.

       

         Czasem spotka nas nagroda w postaci ładnej starej filiżanki, przedwojennych sztućców czy cukiernicy. Szkoda że od piętnastu lat nie słodzimy.

       

         Na długie zimowe wieczory przypadnie nam studiowanie wora z dokumentami. Trzeba przejrzeć kartka po kartce, żeby nie przeoczyć jakiejś tajnej lokaty, o której żaden bank nam dobrowolnie nigdy nie powie, czy polisy, którą towarzystwo ubezpieczeniowe zakopie głęboko. Bo towarzystwo nie od tego jest, żeby wypłacać jakieś pieniądze.

       

         Ale największy hardcore czeka nas przy odkrywaniu składów z lekami.

         Jeśli właściciel mieszkania był osobą starszą, ilość znalezionych leków nas przerośnie.

      Kiedy pomyślimy, że znaleźliśmy już wszystkie, odkryjemy kolejne szuflady z często nienaruszonymi opakowaniami.

       

      I z czego ci emeryci mają GODNIE żyć?

      W tych szufladkach pochowane jest co najmniej kilka tysięcy złotych!

       

         Widać tu kompletny brak uwagi i współpracy ze strony lekarzy, bo trudno żeby starsza osoba pamiętała wszystko, co mu w ostatnim roku zalecono. Medycy wypisują bezmyślnie  dziesiątki nowych recept, narażając chorego na ogromne wydatki i dalszy rozstrój zdrowia.

         Widać chaotyczne szukanie panaceum na dolegliwości,  w wyniku czego znajdujemy sześć różnych leków na wątrobę, tyleż na nerki, dwa razy tyle leków nasercowych, nasennych, na obniżenie ciśnienia, na podwyższenie ciśnienia, na żołądek, na alergie skórne, na gardło, na bóle w krzyżu, oczywiście też witaminy i suplementy…

         A to wszystko pomnożone przez dwa, albo cztery - często nieotwarte - opakowania.

       

         Po rozdaniu wszystkiego co się nadawało do użycia rodzinie, znajomym i hospicjum, które nie przestrzega reżimów szpitalnych (zaszkodzić swoim chorym raczej już nie może), zostało mi kilka kilogramów samych blistrów i tubek, wyjętych z opakowań. Oddałam je do pobliskiej apteki. Drugie tyle w postaci kartoników upchnęłam w śmietniku.

      Uff… 

       

      DSCF6782.JPG

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 lutego 2017 09:54
  • niedziela, 29 stycznia 2017
    • Sztuka oddychania

       

       

         Wróciliśmy z nart w dolinie Gastein, którą odkryliśmy rok temu i której zapewne zostaniemy wierni przynajmniej kilka sezonów, bo na to zasługuje.

       

      Wrócę do niej jeszcze, na razie będzie o tym, czym się oddycha.

       

         To żadna nowość, że w Alpach powietrze wlewa się do płuc jak ciekły kryształ, a w nocy mimo temperatury -14 st. śpi się przy otwartym oknie jak niemowlę.

         Rano za to można gapić się z rozdziawioną gębą na festiwal mgieł, chmurek i wschodzącego słońca i złościć się, kiedy aparat nie uchwyci wszystkiego, co byśmy chcieli.

         Ale coś uchwyci...

        

         Przed świtem...

       

      DSCF6630.jpg

        

      Świt...

       

      DSCF6592.jpg

       

         Ranek...

       

      DSCF6728.jpg

       

      DSCF6610.jpg

       

         Nowością natomiast jest fakt, iż płynąca przez dolinę rzeka ma temperaturę +10 st., co w stosunku do temperatury powietrza daje różnicę 24 stopni! Przyczyną są potężne źródła cieplicowe (Rydzyk niech zzielenieje), przez co woda w basenach termalnych ma 35 st., a ciurcząca z maleńkiej fontanny na rynku nawet +41 st. Całe miasto zimą wygląda jak jedna wielka elektrociepłownia, para bucha znad każdego akwenu, nie mówiąc o kompleksie term, który dymi jak komin.

       

         Mnie najbardziej zafascynowała rzeka. Idąc nocą wzdłuż jej brzegu możemy się poczuć jak w oparach londyńskiej mgły. Pięknie jest.

       

       DSCF6641.jpg

       

      DSCF6643.jpg

       

         Aby tam dotrzeć, trzeba przejechać 1100 km, podzieliliśmy więc trasę na nierówne części, tak aby nocować w Polsce przy granicy czeskiej.

         W tamtą stronę na nocleg wybraliśmy barokowy osiemnastowieczny zamek/pałac (nie ma zgodności) w Chałupkach. W zamku działa bardzo porządny hotel, ze świetną restauracją. Leży przy samym moście granicznym nad Odrą, do Czech idzie się 5 minut.

       

      DSCF6581.jpg

       

         Most jest ponad stuletni, nosi nazwę „Kaiser Franz Josefs-Jubiläums-Brücke”.

       

         Widać symbiozę między mieszkańcami Bohumina i Chałupek, Czesi wynajmują restaurację zamkową w Polsce na swoje wesela, z kolei po tamtej stronie odbywają się polsko-czeskie wielkie targi ślubne.

       

         Powrót zaplanowaliśmy nieco inaczej, z noclegiem w Wodzisławiu Śląskim. Tu znaleźliśmy strasznie brzydki z zewnątrz, ale bardzo wygodny w środku hotel Ostrawa. Ponieważ miasto ma zabytkową XVII|-wieczną Starówkę, planowaliśmy wieczorny spacer po całym dniu podróży.

           Pijani alpejskim powietrzem nie mogliśmy w pierwszej chwili ogarnąć, co się dzieje.

       

          O smogu słyszałam wiele, także o tym że okolice Rybnika są najbardziej zatrutym miejscem w Polsce. Ale zawsze myślałam, że to jest coś takiego jak czad - jest, ale można go wykryć tylko przy pomocy aparatury. W Wodzisławiu aparatura nie jest potrzebna. Ma się wrażenie jakbyś trzymał głowę w koksowniku. Albo siedział na parowozie. Jakby ktoś rozpalił naokoło nas cztery ogniska, w których pali gumiaki, papę dachową, butelki PET i miał węglowy naraz. 

         Chodziliśmy po Rynku, ale smród nie znikał. Miejscami nawet się nasilał.

       

         Miasto robi co może, żeby stać się atrakcyjne dla ludzi. Całe centrum jest miejscem bez krawężników, dosłownie. Wszystkie chodniki płynnie schodzą do ulic, wszędzie da się podjechać wózkiem.

         Mieszkańcom też nie brakuje fantazji. Dowodem na to są miejsca takie jak "NAJLEPŚNIKI", "MINISTERSTWO ŚLEDZIA I WÓDKI", gdzie można dostać m.in. "starą wódę na myszach", czy urokliwa restauracja "WIEJSKA CHATA", gdzie serwują dania nie tylko wiejskie, ale i dworskie, na fajnych talerzach stylizowanych na starą porcelanę.

       

      DSCF6737.jpg

       

      Tu kaczka z buraczkami glazurowanymi w miodzie.

       

      DSCF6742.jpg

       

        Ale chociaż miasto próbuje walczyć z zatruciem powietrza, organizując akcje pt. "Zdemaskuj smog",  na razie oddychać się tam nie da.

      "Cóż, widać można żyć bez powietrza..." śpiewała Ewa Demarczyk

       

         Z ciężkim sercem jechaliśmy przez Śląsk przy zamkniętym wlocie powietrza. Przy każdej próbie otwarcia do samochodu wpadał gryzący w gardło smród.

      Ciężki powrót do polskiej rzeczywistości...

       

      Polecam w pobliżu Warszawy: najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 stycznia 2017 12:50
  • sobota, 14 stycznia 2017
    • Nie wierzę, że to już połowa stycznia...!

       

         Kiedy jakiś czas temu syn wyprowadzał się z domu, wyobrażałam sobie ogrom wolnego, niczym nie skrępowanego czasu. Snułam wizję zapisania się na jakieś uniwersyteckie kursy z literatury, regularne uczęszczanie do sauny i takie tam luksusowe zajęcia.

       

         Dziś czasu nie tylko jest mniej, ale i zajęć coraz więcej. I nie wydaje mi się, że to ja stałam się powolniejsza...

       

         Koniec roku przyniósł oczywiście nawałę świątecznych prac, choć bez zakupu prezentów, jako że drugi raz z rzędu gremialnie to sobie obiecaliśmy. Przyniósł też niestety wielkie nerwy związane z sytuacją w Sejmie.

         Do tego źle się zadziało w rodzinie, gdyż teściowa trafiła do szpitala w stanie krytycznym.

       

         Próbowaliśmy jakoś odczynić złe, na chwilę zapomnieć, więc w noc Sylwestrową pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście, żeby napaść wzrok dekoracjami. Przypatrzmy się im dobrze, bo kiedy wybory samorządowe przyniosą nam zmianę Prezydenta miasta, może w nim zapanować mrok i wilgoć. W końcu kolorowe podświetlanie mostów czy budynków to fanaberia, a pieniądze są potrzebne do łatania dziur budżetowych.

       

      Na razie jest tak:

       

      DSCF6470.jpg

       

      DSCF6485.jpg

       

      DSCF6476.jpg

       

         Nowy Rok, a niech go...!

       

      Dobra, nie będę bluźnić, bo jeszcze 350 dni przed nami. Lepiej nie pogarszać swojej sytuacji.

         No więc Nowy Rok zaczął się o 5.20 telefonem ze szpitala, że teściowa właśnie zmarła. Trudno sobie wyobrazić "lepszy" początek Nowego Roku...

       

         Potem bieganina, załatwianie formalności. Pierwszy raz sami organizowaliśmy pogrzeb, więc nerwy były. Na szczęście są firmy, które większość tych spraw biorą na siebie, więc wszystko było pod kontrolą. Poza łzami, bo te jakby najtrudniej zdyscyplinować...

         Na mszy ku naszemu zdumieniu zjawił się poczet honorowy z zespołu szkół, w którym mama przepracowała wiele lat. Dzieciaki, które nigdy jej nie poznały, dzielnie stały na baczność ze sztandarem. 

         A podczas pogrzebu wystąpił jeden z jej dawnych uczniów, matura rok 1981, z przepięknym listem na temat wspaniałej nauczycielki i wychowawczyni.

         Ciekawe, ilu dzisiejszych nauczycieli spotka się z takimi dowodami pamięci i szacunku w 36 lat po zakończeniu nauki przez swoich uczniów.

       Czy są jeszcze tacy nauczyciele

       

         Okazało się też, że ludzie CZYTAJĄ NEKROLOGI!

      Tak słyszałam, ale nie do końca wierzyłam, a jednak sporo osób zjawiło się na pogrzebie właśnie po przeczytaniu nekrologu.

       

         Nie zdążyłam za bardzo odreagować, kiedy musiałam pakować manatki i w dzień po pogrzebie o 6.00 gnałam 500 km na drugi koniec Polski w sprawach zawodowych. Niebo nie było mi łaskawe, gdyż przez pierwsze 200 km szalała śnieżyca, a zamarzające błoto tworzyło wały na asfalcie. Mogłam jechać 140 km/h, ale chwilami udawało mi się przyspieszyć ledwo do 70.

         Na szczęście ktoś tam w górze chyba się zreflektował i zakręcił dmuchawę. Zrobiło się sucho, a nawet chwilami słonecznie.

      Dzięki temu już po 6 godzinach dotarłam do celu.

       

        Wracałam 13-tego w piątek. Po raz kolejny zadano kłam przesądom. Nie tylko dotarłam do domu cała i zdrowa, ale mimo katastroficznych wieści powtarzanych w każdych informacjach o śnieżycach, przez niemal całą drogę było sucho.   

       

         No i proszę powiedzieć, czy ja mam czas czytać drugi tom GD Robertsa, Cień góry, kontynuację Shantarama (którą przy okazji bardzo polecam)?

      1000 stron, jak Millenium, ale wciąga niesamowicie.

      Gdzie można dokupić trochę wolnego czasu...?

      I czy to wtedy nadal będzie "wolny czas"...?

       

       

      Na koniec przydatny adres  w pobliżu:

       -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Nie wierzę, że to już połowa stycznia...!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      sobota, 14 stycznia 2017 15:19
  • piątek, 30 grudnia 2016
    • Piękna i Bestia

       

          Podróże kształcą. Ostatnio musiałam znów odbyć długą podróż na południe Polski, razem jakieś 9 godzin w samochodzie. Oprócz Rada Maryja jedyną stacją szybko namierzalną podczas przemieszczania się, jest Trójka. Niechcący więc wysłuchałam fragmentów książki "Najlepiej w życiu ma Twój kot. Listy" Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza. Czytała Elżbieta Barszczewska i Olgierd Łukaszewicz.

       

         Teksty spodobały mi się na tyle, że zamówiłam od razu w Znaku tę książkę. Właściwie dwie.

      Lektura przyniosła mi spore ukojenie w obliczu tych prawie "zamachów stanu", "puczów" i innych nieprawości. Nie mogłam sobie odmówić, żeby Wam o tym opowiedzieć.

         

         Tytułem wyjaśnienia - Szymborska miała 40 lat, a Filipowicz ponad 50 kiedy rozpoczęli oni coś na kształt romansu, choć nigdy nie zamieszkali razem. W ich listach (a były ich setki, czasem wysyłane codziennie) czuć ogromne pokrewieństwo dusz, czułość, przyjaźń i miłość. Czasem są jak stare małżeństwo, skarżą się na kłopoty ze zdrowiem, płacą swoje rachunki, a czasem wyznają sobie miłość i tęsknotę, przy czym ona większą.

         Ich romans-nie-romans trwał 23 lata. Listy trafiły do Biblioteki Jagiellońskiej, zgodnie z życzeniem noblistki. Są niekiedy ilustrowane, kolorowane ręcznie lub wyklejane fragmentami gazet i pocztówek. Czuć namiętność do pocztówek. Oboje byli namiętnymi zbieraczami.

       

         Poniżej parę fragmentów, które wydały mi się reprezentatywne.

      Szczerze mówią, podobają mi się one bardziej niż listy Przybory i Osieckiej, po których znacznie więcej sobie obiecywałam. Mam nadzieję, że Wam też przypadną do gustu.

       

      14.08.68

      Kornelu,

      Oto garść pytań, które mi spać nie dają:

      1. Ile gatunków wódki masz w domu?

      2. Od kogo Gienia dostała te czerwone elastyczne spodnie?

      3. Dlaczego wymyślasz sobie tyle trudnych do określenia zajęć, podczas kiedy w górach nie ma kto w zwozić drzewa?

      4. Czemu w całym Zakopanem nie ma nikogo podobnego do ciebie?
      5. Czy twoja Salomea jest w dalszym ciągu głucha?

      (...)

      8. Jaka znowu polonistka pisze o tobie pracę magisterską? I dlaczego to nigdy nie jest POLONISTA?

      (...)

      10 Czy jak wrócę kiedyś, będziesz mi znowu mówił WIESŁAWO?

       

      Odp.

      1. Aktualnie tylko śliwowica szabasowa (nie liczę Martella z 61 r.)

      2. Gienia twierdzi że kupiła na ciuchach, ale wiadomo, że p.Czesiek był niedawno w NRD.

      3 i 4. No właśnie.

      5. Tak, jak pień

      8. Nie wiem

      10. Odpowiedziałem telefonicznie

       

      26.01.69

      Droga Wisławo,

      Proszę o możliwie szybką odpowiedź, czy będziesz ze mną chodzić na piwo do Gospody Zamkowej? Nadszedł właśnie transport piwa butelkowego, pełnego. Niestety schody prowadzące do lokalu są fatalnie oblodzone, co daje się we znaki zwłaszcza podczas opuszczania Gospody.

      Uściski. K.

       

      16.07.69

      Dostałam dwie karteczki od Ciebie. Bardzo się cieszę, że jest Ci tam dobrze. Na razie wcale jeszcze nie żądam, żebyś za mną trochę tęsknił, ale nieźle by było, gdybyś zaczął to robić w ostatnim tygodniu pobytu.

         Tutaj wszystko bez zmian, oprócz szczura u Adama, który (szczur)zdobył się na nową inicjatywę i obesrał Adamowi szczoteczkę do zębów.

      Masz serdeczne ucałowania od robotników, chłopów i inteligencji pracującej Miasta Krakowa.

      Ja się dołączam. Twoja W.

       

      24.09.69

      Kochany,

      Zawiadamiam cię, że bardzo bym chciała mieć futerko z ryjówek malutkich albo zębiełków karliczków. Miałam ci wysłać pocztówkę z tymi zwierzątkami (...), ale mi się właśnie na nią wylała herbata (wedle Twojej wymowy, bo dla mnie wylała się niestety cherbata). Ryjówka i zębiełek są to zwierzątka koloru bronzowego, oba mają długie ryjki, więc będziesz ich musiał szukać w ziemi. Gdyby ci się zrobiło żal, to przywieź mi żywe, a futro mogę mieć z gronostaja, choć co prawda tyle już hołoty (chołoty) nosiło gronostaje, że nie wiem.

      Całuję cię bardzo

      W.

       

      8.09.70

       

      List w sprawie ucha.

      Kochany Kornelu. Skoro zdecydowałeś się tu przyjechać, to staraj się przyjechać cały i nie zapomnij przed odjazdem  o lewym uchu, które rok temu zostawiłeś w łazience. Ja zaraz to zauważyłam i było mi trochę przykro, ale przez delikatność nie robiłam żadnych uwag. Wolałabym jednak, żeby tego rodzaju zaniedbanie nie powtórzyło się tym razem. Zostawianie ucha w łazience jest lekkomyślnością. Kot może je zawlec pod jaką szafę, albo Wiktoria wynieść ze śmieciami. Takie piękne ucho powinno być stale używane i otoczone opieką...

       

         W 68 r.Wisława została zesłana do sanatorium w Zakopanem z powodu gruźlicy (podobno nie po raz pierwszy). Uziemiło ją to na kilka miesięcy. Bezskutecznie szukała sposobów uwolnienia się, zanim "dr Koch zaczął się o niej wypowiadać negatywnie"..

       

      23.08.68

      Kornelu.

      Znowu mi smutno(...). W tym przeklętym areszcie wszystko trzeba zamieniać na słowa, a przecież nie wszystko się da...

      (...) Podczas tego widowiska lekarze ganiali po pokojach z dobrym skutkiem, bo oto na trzecim piętrze przyłapali jakąś parę na czynności skądinąd bardzo naturalnej (a nawet pożądanej, jeśli weźmiemy pod uwagę liczebność naszej armii i w ogóle obronność państwa). Wydarzeniem tym będziemy sobie tu żyli przez parę dni i bardzo dobrze, bo czyrak Prezesa już się goi i jako temat powszechnego zainteresowania liczyć się nie może.

       

      16.09.68

      Dziś przez pomyłkę pielęgniarka dała mi cały gram streptomycyny i teraz okropnie boli mnie prawy pośladek i głowa. Po raz pierwszy w moim życiu ujawnił się tajemniczy związek między tymi dwiema częściami ciała.

       

      27.09.68

      Kochany Kornelu. Zapamiętaj sobie ten budynek, bo to właśnie tutaj rozgrywa się jedna z najbardziej olśniewających karier aktorskich. Z dumą donoszę ci, że wczoraj wystąpiłam przed słuchaczami radiowęzła jako Pchła Szachrajka!

      W opracowaniu następujące role:

      Śpiąca Królewna, Bułka z Masłem, Lukrecja Borgia, Urszulka Kochanowska, Pasta Kiwi, Bogini Wenus, Musztarda Kremska, Curie Skłodowska i Sprawiedliwość Społeczna.

       

      5.10.68

      Kornelu kochany.

      Najlepiej w życiu ma Twój kot, bo jest przy Tobie.

      Czytam teraz grubą książkę o wulkanach. Niestety, okazuje się, że nie ma prawie żadnych szans, żeby taki np. Giewont mógł kiedyś wybuchnąć (co musiałoby spowodować ewakuację sanatorium do Krakowa)

       

      Ku mojemu szczeremu zdumieniu przekonałam się, iż zanim ja wymyśliłam moich fikcyjnych korespondentów w "Opętaniu", ONI byli pierwsi! Bardzo jestem rozczarowana.

      Pisali do siebie między innymi tak:

       

      Czcigodna Pani Hrabino,

      Poczuwam się w obowiązku donieść Czcigodnej Pani kilka oburzających faktów dotyczących osoby, którą darzy Pani tak wielkim zaufaniem. Chodzi o plenipotenta Pani, niejakiego Eustachego Pobóg-Tulczyńskiego

      (...)

      Że Pan Tulczyński lubi kobietki - to rzecz w okolicy znana. Jego wieczorne (i jak się mówi, także nocne) wizyty u pani Leokadii Pikulskiej, wdowy po obywatelu cząstkowym w Kołodrupach, oraz na zmianę u p. Krysi Hrehorowicz (panna, 28 wiosen) (...) ośmieszają tego podstarzałego (40-letniego już) Adonisa, a szanownej i czcigodnej Pani Hrabinie zaszczytu jak sądzę nie przynoszą,

      Życzliwy

       

         A poza tym dużo było o uczuciach, miłości, zazdrości, tęsknocie. Z niewiadomych powodów Szymborska uważała Filipowicza za najprzystojniejszego mężczyznę świata. Jakoś nie widzę...

       

       z11765086Q,Wislawa-Szymborska-lubila-fotografowac-sie--pod-ta.jpg

       Wysokie Obcasy

      16.09.68

      Kornelu

      Bardzo cię kocham. Proszę nie nadużywać telefonu, podając to w wątpliwość! Przez telefon trudno mi cokolwiek udowodnić! Ale bardzo mnie martwi, że i w listach mi się to nie udaje. Kto jak kto, ale to właśnie ja powinnam być zżerana podejrzeniami najgorszego rodzaju...

       

      25.09.68

      Wisławo kochana.

      Jeśli nie zaprzestaniesz ustawicznego podawania w wątpliwość twojej wartości jako kobiety i człowieka (kwestionując w ten sposób sens i wartość moich uczuć do Ciebie) - będę zmuszony zastosować środki odwetowe. Jakie - tego jeszcze nie wiem, ale nie będą one przyjazne...

       

      21.10.68

      Kornelu Kochany,

      Zechciej przyjąć wyrazy umiarkowanego współczucia z powodu zamążpójścia pani Kennedy. Może ten ciężki dla ciebie cios otworzy ci oczy na osoby mniej co prawda starsze, ale i mniej interesowne.

      Znam np. taką jedną, która woli parę miłych słów, od jachtu z kortem tenisowym na pokładzie, i pół jabłka z Twojej ręki niż 100 hektarów pomarańczowego gaju na Riwierze.

      Na żądanie przyślę Ci jej adres, fotografię i odcisk serdecznego palca.

      Twoja W. 

       

      25.09.74

      Kochany Kornelu. Oto zbliża się nieodwołalnie dzionek mojego powrotu. Zlikwiduj na czas wszystkie romanse, poobiecuj alimenta komu trzeba, wymieć z domu wszystkie damskie pourywane podwiązki, dokończ opowiadania, które miałeś czas pisać podczas mojej nieobecności, pobiegnij do p. Cieślawskiego po nową partię widokówek (...) po czym kochany Kornelu, nie odkładaj sobie najlepszych kartek do szuflady, pamiętaj, że masz prawo to zrobić tylko z jedną.

      Całuję,

      Twoja W.

       

      I na koniec - prawie 20 lat od pierwszych listów:

       

      15.10.85

      Kochany Kornelu!

      Życzenia Urodzinowe przyjmij od swojej Entuzjastki, Wielbicielki, Adoratorki, Amatorki i Ochotniczki -

      Wisława.

       

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

      -         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

      -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Piękna i Bestia”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2016 11:35

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę