Świat na głowie postawiony.

Wpisy

  • piątek, 23 grudnia 2016
    • I znowu święta...

       

         Po raz szósty przymierzam się do złożenia życzeń miłym Paniom i Panom, którzy mnie odwiedzają. Ale nigdy nie było mi tak ciężko.

         Nigdy nie byłam tak zdołowana ogólną sytuacją w Polsce, nie czułam takiej bezradności wobec arogancji, bezczelności i bezprawia.

         Nigdy też  zwykle wyświechtane i górnolotne słowa jak patriotyzm, Polska, prawo, nie brzmiały tak dramatycznie.

       

         Dlatego życzę wszystkim siły, wytrwałości, solidarności i nadziei, że kiedyś przywrócimy w tym kraju jako taki porządek. Bo nikt tego za nas nie zrobi. Ani Unia, ani NATO, ani tym bardziej kościół. Zwłaszcza on.

       

         Życzę Wam, żeby przynajmniej przy stole obeszło się bez sporów. U nas na szczęście wszyscy podzielają te same poglądy, ale słyszę, co się się dzieje po domach. Tak strasznie szkoda...

       

         Zamiast bombek i ozdóbek przesyłam kwiaty.

       

      Wszystkiego dobrego.

       

      DSCF6405.JPG

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „I znowu święta...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 23 grudnia 2016 17:56
  • piątek, 09 grudnia 2016
    • Skrzek i inne kijanki

       

         Połowa lat 70-tych, duszne, tonące w papierosowym dymie salki, kluby studenckie, na scenie głośniki, syntezatory, perkusja, elektroniczne dźwięki…

       

      Znacie to?

      Ja też nie.

       

         Mój pierwszy koncert zaliczyłam wiele lat później pod gołym niebem w Jarocinie.  Zaś jeden z nielicznych koncertów jakiego wysłuchałam w klubie, zagrał Marek Biliński w Riwierze-Remoncie.

       

         Grupa SBB nigdy nie była moją muzyką.  Budka Suflera, Maanam owszem, ale SBB nie.

         A tymczasem w piątek, po półtoragodzinnym przebijaniu się przez Warszawę do Domu Kultury na Bemowie miałam przyjemność zobaczyć i usłyszeć panów Skrzeka, Piotrowskiego i Apostolisa w dawnym składzie.

         Po ponad 40-stu latach od pierwszych koncertów wciąż grywają razem, choć nie stale. Reaktywowali się po długiej przerwie ze 2 lata temu.

       

         Jak by ten koncert  podsumować, a nie zanudzić…?

       

         Może zacznę od strony wizualnej. Józek Skrzek wygląda teraz zdecydowanie inaczej, niż na okładkach swoich pierwszych płyt, co nie znaczy lepiej:))


      15039535_10155444871899689_2636287599098951770_o.jpg

       

         Nigdy nie był śliczny, choć patrząc na Cugowskiego, Lipko czy panów z Rolling Stonesów nie musi mieć kompleksów. Długie loki spływające na kark, są dziś siwe, a i brzuszek solidnie się wykształcił. 

       

         Ruchy też ma jakby mało rockowe. Zachowuje się raczej jak Papcio Chmiel z komiksów, macha rączkami i kiwa się jak Teletubiś, skarży się też, że pamięć nie ta, więc  przy śpiewaniu musi się posiłkować kartkami, itd.

       

         Ale za to jak gra…

       

         Wszyscy zresztą grają jak natchnieni. Piotrowski jak zawsze na koniec (wiem z przekazów ludowych) wrzuca długą solówkę, żeby nie powiedzieć – serwuje popisy. Apostolis także odkłada gitarę i dalej już mamy pojedynek na dwie perkusje, i nie wiadomo, który z nich jest lepszy. A Skrzek nie tylko rewelacyjnie gra na syntezatorach i gitarze, ale jeszcze śpiewa, i to jak…

         Wyciąga czysto, bardzo długo i wysoko, aż gardło boli.

      Widać papierosy mu nie szkodzą. Choć z profilu przypomina Joe Cockera, to już tak chrypieć nie będzie.

       

         Zauważyliście Państwo, że ostatnio każdy „artysta” obowiązkowo ma w uchu słuchawkę. Nie wiem, czy zawsze jest ona potrzebna, ale wygląda „profesjonalnie”. Panowie z SBB żadnych słuchawek nie używają, a mimo to są zgrani jak jeden organizm. Mają za plecami swoje głośniki i jak widać, wystarcza to żeby grać idealnie.

       

         Słychać w tej muzyce pewne zapożyczenia, jakieś genetyczne podobieństwa z Genesis (The trick of the tail), Locomotiv GT, czy   Pink Floyd, ale to tylko drobne skojarzenia. Wariowania ala „Warszawska Jesień” na szczęście było jak na lekarstwo, reszta melodyjna, od bardzo spokojnych do ostrych agresywnych kawałków. Był w tym pomysł i wirtuozerskie wykonanie.

       

         Duża przyjemność. Warto śledzić ich facebookową stronę i pójść na koncert, kiedy się u Was pojawią.

       

      https://www.facebook.com/sbb.band/

       

       Nasz koncert leciał na żywo w Radio Jazz FM.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Skrzek i inne kijanki”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 09 grudnia 2016 10:49
  • poniedziałek, 28 listopada 2016
    • Gość w dom, klej do ręki...

       

         Proszę Państwa, oto Cecylia.

       

         Długo chciałam wierzyć, że to anioł, ale w końcu przestałam się oszukiwać.

       

      To z pewnością nie anioł, raczej ważka, Dobra Wróżka, Dzwoneczek czy co tam.     

       

      DSCF5902.jpg 

       

          Poznałyśmy się w sklepiku na Sycylii. Przewieziona w rękach (właściwie "na rękach" jak niemowlę) samolotem, przez wiele lat siedziała sobie spokojnie na wysokiej półce, spoglądając na nas z góry.

       

         Do czasu.

       

         Teraz nie siedzi ani nie fruwa. Ona się rehabilituje. Mówiąc ściśle - się klei.

       

         Wisi na wyciągu jak na oddziale ortopedycznym, pod tyłkiem ma stos książek rozmaitych dla równowagi (autor nie miał tu znaczenia, tylko gabaryt) i się utwardza.

      Miała urwaną nogę, kawał sukienki, skrzydła a nawet palce.

       

       DSCF5901.jpg

       

        A oto sprawca tego nieszczęścia:

       

       DSCF5885.jpg

       

         Zresztą nie tylko tego, gdyż razem z ważką na komodę i podłogę poleciały inne sztuki, np. porcelanowy anioł..., znów nie anioł, raczej Amor, zdjęcie w grubej ramie za szkłem i tak dalej.

       

          Nie przewidziałam, jak wielka jest potęga nudy.

       

          Gdy zwierzę się nudzi, żadna wysokość nie jest wystarczająco duża, żeby tam nie sięgnąć. Zgrabna nóżka wróżki czy ważki wprost prosiła się, żeby za nią złapać. Reszta poszła sama.

       

         Zuza zwana Zołzą była u nas przez kilka dni na gościnnych występach. Nie pozwalała mi ćwiczyć z Chodakowską, bo natychmiast rozkładała się na moim dywaniku i łapała za piętę, którą robiłam wykopy.

       

      Piła wodę wyłącznie z mojego kubka, woda z miski widocznie na nią szczeka.

       

      DSCF6075.jpg

      P1090756.jpg 

       

      A oto co może wprowadzić kota w stan hipnozy...

       

       DSCF6042.jpg

       

      DSCF6056.jpg

       

      No i rozpraszała nas przy pracy, bo stół zawalony gratami to przecież kopalnia zabawek...

       

      P1090741.jpg

      DSCF6085.jpg

       

      Była tak niemożliwie kochana, że nawet nie mogłam się na nią gniewać za tę wróżkę, czy może ważkę...

       

      DSCF6068.jpg

       

      Teraz wciąż jej wypatruję w różnych zakamarkach mieszkania. Tęsknię.

       

      Szlag by trafił tę alergię...

       

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

       

      -         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

       

      -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

       

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2016 17:51
  • piątek, 11 listopada 2016
    • Uciekinier, czyli jak odzyskałam wiarę w ludzi.

       

         Ubiegły tydzień zafundował mi emocje, przy których wybór Trumpa na Prezydenta USA to małe Miki. Mógłby równie dobrze zostać prezydentem Polski. Też nie mogłabym na niego patrzeć.

       

           Parę dni temu mój Tata skończył 80 lat i z tej okazji mama zaprosiła najbliższą rodzinę do restauracji. I kiedy zbieraliśmy się już do wyjścia, mama zeszła jeszcze z Tatą do toalety. Niektórzy zapewne wiedzą, że ojciec po wypadku 5 lat temu wymaga ciągłej opieki. Ale nikomu nie przyszło do głowy, że trzeba go pilnować i w toalecie.

         W każdym razie Tata wyszedł sam, ale nie tymi drzwiami co trzeba. I kompletnie zdezorientowany zamiast wrócić na korytarz, wyszedł drzwiami awaryjnymi na ulicę.

      W samej marynarce, bez dokumentów, pieniędzy ani kartki z nazwiskiem i numerem telefonu mamy, których pełno ma w płaszczach i kurtkach.

       

         Kiedy przeszukanie restauracji, hotelu ani okolicy na piechotę i taksówką nic nie dało, wezwaliśmy Policję i Straż Miejską. Policja przywiozła nawet psa, który jednak nie był w stanie złapać tropu. Uspokajano nas, że zawiadomiono też MZA, bo wszystko wskazywało na to, że tata po prostu wsiadł w jakiś autobus i odjechał w siną dal.

         Idąc tym tropem wytypowaliśmy autobusy, którymi mógł pojechać i zaczęliśmy jeździć po pętlach. Przy okazji dowiedziałam się, że warszawskie autobusy należą dla kilku niezależnych firm, a MZA jest tylko jednym z podmiotów. Dodzwoniłam się do dyspozytora kolejnej, a on obiecał puścić wiadomość do kierowców. Ponieważ było niedzielne popołudnie, nie mogłam złapać nikogo więcej.

       

         Po kolejnych godzinach bezsilności musieliśmy zdać się na Policję, która jednak do rana niczego nie ustaliła. Nie pomogło sprawdzenie monitoringu, bo podobno wszystkie kamery w okolicy w feralnym momencie odwrócone były w inną stronę.

      Zaczęłam obdzwaniać noclegownie, ale nikt podobny do taty od wczoraj się nie pojawił. Wbrew zapewnieniom Policji, do żadnej z nich jeszcze nie dzwoniono.

       

          Udało mi się nawiązać kontakt z dyspozytorami kolejnych firm autobusowych, którzy także zobowiązali się puścić informację w eter. I kiedy na żądanie Fundacji Itaka poleciałam na posterunek po kopię zgłoszenia zaginięcia, usłyszałam... że się odnalazł!

       

      Tata się odnalazł, jest na posterunku na Bemowie! Cały i zdrowy.

         Więcej - jest suchy, nieprzemarznięty, (choć w nocy padało i było maks. 4 stopnie) i w stanie nieuszkodzonym. Kiedy dotarłam na Bemowo, tata miał już pobraną krew i zrobiono mu podstawowe badania. Był zupełnie zdrowy i tylko trochę zmęczony.

       

          Kiedy już odreagowałam strach i nerwy, grożąc mu że zaczipuję go pod skórą jak dzieci Davida Beckhama, bo to skandal, żebym ojca z posterunku Policji musiała odbierać, taki wstyd i w ogóle...:) , kiedy oddałam go w ramiona odchodzącej od zmysłów mamy i siostry, rozpoczęłam prywatne śledztwo.

         Wiedziałam tyle, że tata znalazł się w punkcie gastronomicznym przy WAT na Bemowie. Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby po nitce do kłębka dotrzeć do pani Barbary Wąs, której zawdzięczamy cudowne ocalenie Taty.

       

         A było tak: Tata pojawił się w barze Strzelec vis s vis WAT-u po 10.00 rano. Chciał coś zjeść, ale szybko okazało się, że nie ma ani grosza. Zamiast go spławić, pani Basia uruchomiła proces myślowy. Rozumiała, że starszy człowiek nie może ot, tak sobie chodzić po deszczu i zimnie bez płaszcza, dokumentów ani pieniędzy. Przepytała panie z pobliskiego domu emeryta wojskowego, czy to nie ich pacjent. Jedna z nich nawet przyszła, żeby sprawdzić, czy podane przez tatę nazwisko nie jest pomyłką. Nie było.

         Wtedy zawiadomiono Policję. Czekając na jej przyjazd, Tata został zasilony gorącą zupą i herbatą. Tylko czujność pani Basi sprawiła, że już po godzinie Tata mógł wrócić do domu. Nie chcę myśleć, jak długo mógł się jeszcze błąkać po mieście.

       

         Niezależnie od szczęśliwego finału wciąż zachodzimy w głowę, gdzie Tata spędził całą noc. Spania pod mostem by nie przeżył. Jedyne co nam przychodzi do głowy to to, że jeździł po całym mieście autobusami. Ale czy tak było...?

         Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Tata niestety nie pamięta nic z tego wieczoru ani nocy. A ja przynajmniej uzyskałam potwierdzenie, że są jeszcze w tych głupich czasach ludzie z sercem i rozumem. Dzięki, Pani Basiu!

       

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

      -         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

      -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Uciekinier, czyli jak odzyskałam wiarę w ludzi.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 11 listopada 2016 13:03
  • sobota, 29 października 2016
    • Zemsta zza grobu, czyli uprasza się zmarłych…

       

          Wiem, powtarzam się. Już dawno temu pisałam, że zmarli muszą mieć niezwykłą frajdę widząc nas biegających jak z pęcherzem po cmentarzu, taszczących donice, wieńce, znicze wielkości noworodka, szmaty do umycia grobu, szukających właściwej alejki.

       

      Ci co odwiedzają swoje groby częściej, trafiają bez problemu.

      Ci co spełniają swój obowiązek raz do roku, zostają przykładnie ukarani…

       

         Należąc do tych drugich mam niestety co roku pewien problem, ale to co się zdarzyło wczoraj, przerosło moje najgorsze doświadczenia.

       

         Postanowiłam oto wcześniej odwiedzić grób moich dziadków na małym cmentarzu w Pyrach. Uzbrojona we wszystko co powyżej, z ulgą znalazłam miejsce do zaparkowania i ruszyłam główną aleją. Pamiętając powtarzane jak mantra słowa mojej mamy „Pamiętaj, za dziewiątą tują alejką w prawo, trzeci grób od końca”, liczyłam tuje.

      Grób jest dość stary, więc do przejścia od bramy nie jest daleko.

       

      Chyba, że go nie ma tam, gdzie powinien być…

       

         Przeszłam za dziewiątą tują, nic. Wróciłam, przeszłam rząd bliżej, rząd dalej. Za ósmą i dziesiątą tują (plus dwa w przód i w tył) też go nie było.

      Zaczęłam podejrzewać, że mam halucynacje. Przecież nie mógł po prostu zniknąć!

      Byłam tu wiele razy i wszystko się zgadzało…

       

         Po 40-stu minutach kursowania w te i nazad w karku pojawił się przeszywający ból, a grobu nadal nie było. Teorie spiskowe wpadały jak na zawołanie: Ktoś ukradł płytę i położył swoją. Mama nie zapłaciła na czas i kościół zabrał miejsce, itd…

       

         Zadzwoniłam do rodzicielki, która powtórzyła wszystko to, co doskonale wiedziałam. Dodała tylko, że to 16-sty rząd i 16-ty grób. Ale co mi z tych informacji, jeśli na tym cmentarzyku nie ma żadnych oznaczeń?

          Z aparatem przy uchu i ładunkiem w drugiej ręce bezskutecznie spenetrowałam od nowa wszystkie alejki, a frustracja narastała.

         Jakaś życzliwa pani zwróciła uwagę, że za bardzo pędzę, że powinnam powoli szukać. No i co że pędzę? Nawet gdybym przegapiła ten grób RAZ, to przecież nie tyle razy…

       

          W końcu dopadłam jakiegoś młodego człowieka, który najpierw poszedł kawał w przód i zaczął liczyć rzędy od środka cmentarza, cofając się w stronę bramy. Już zaczęłam protestować, że to na pewno nie tak blisko (albo daleko, zależy skąd patrzeć), ale on z niezmąconym spokojem wszedł w którąś alejkę i odliczył do 16-stu.

         Przy trzynastym już wiedziałam, że zrobiłam z siebie kretynkę. To był TEN grób, żadnych wątpliwości. Nie miał prawa tu być, ale BYŁ.

         Zaniemówiłam, potem potrząsnęłam ręką pana, bełkocząc jakieś podziękowania…

        

         Byłam na skraju wyczerpania, ale wyskrobałam z torebki cukierka kawowego i wzięłam się do pracy. Wciąż jednak dudni mi w głowie pytanie: Jak to możliwe, żeby pamięć płatała aż takie figle?

         Ba, nie figle, tylko zwykłe świństwo mi spłatała! Jakim cudem obie z mamą uczepiłyśmy się tej cholernej dziewiątej tui, skoro wejść trzeba za szóstą?

       

      Nie, nie zapytam Pani Premier, jak żyć.

      Jej odpowiedź mnie w ogóle nie interesuje.

       

      Po prostu pora umierać…

       

      I tym optymistycznym akcentem kończę, życząc wszystkim wesołego znicza.

      Zdjęcia pożyczone:)

      DSCF5758.jpg

       

      DSCF5821.jpg

       

      DSCF5767.jpg  

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

      -         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

      -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „ Zemsta zza grobu, czyli uprasza się zmarłych…”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      sobota, 29 października 2016 17:06
  • niedziela, 16 października 2016
    • Ostatnia Rodzina, a właściwie dlaczego ostatnia?

         Zainteresowanie Zdzisławem Beksińskim i jego rodziną nie słabnie, choć gdyby przepytać tzw. przeciętnego obywatela, czy zna jego twórczość, czy potrafi wymienić z tytułu i opisać choćby 3 obrazy, pewnie zapadłaby cisza.

         Tymczasem samych filmów na jego temat nakręcono 11, głównie dokumenty. Dużych biografii czy wywiadów-rzek jest bodaj trzy, do tego sporo antologii.

         Nie potrafię wymienić innego, jeszcze niedawno żyjącego malarza, wokół którego byłoby tyle szumu.

       

         Nie oszukujmy się, oprócz tego, że Beksiński genialnym artystą był  (przede wszystkim jako nieliczny oprócz warsztatu miał też POMYSŁ NA OBRAZY), stał się również łakomym kąskiem dla mediów żądnych krwi.

         A tej akurat u Beksińskich nie brakowało…

       

         Nie chcę się mądrzyć na temat malarstwa, zresztą sama do Sanoka wybieram się chyba od pięciu lat i wybrać się nie mogę.

         Pokuszę się tylko o subiektywną recenzję filmu Ostatnia Rodzina.

       

         Film utytułowany, nagłośniony, na pewno należy do najlepszych obrazów ostatnich lat. Dialogi jakby bez scenariusza, leciutkie, naturalne…

          TO właśnie uwielbiam w polskim kinie, że można wychwytywać słowne niuanse, bez bariery językowej.

         Oczywiście, jeśli film jest dobry.

       

         Rozmowy toczące się w kuchni, w przedpokoju, toczą się jakby nikt ich nie reżyserował.

         Zachwyca Aleksandra Konieczna, ewidentnie wielka niedoceniona aktorka, bo poza serialem trudno ją zobaczyć w dużych produkcjach.

         Seweryn - polubiłam go dopiero kiedy osiwiał i zagrał fascynującego Don Juana. Wcześniej go nie znosiłam. Tutaj tak daleko odszedł od siebie samego, że wielki szacun…

       

      Ale…

       

         Nie znałam pracy Tomka Beksińskiego w latach 80-tych, nie słuchałam jego audycji na żywo. Nie wiedziałam, jak duży ma dorobek w tłumaczeniach, jak musiał być inteligentny, skoro tłumaczył Monty Pythona itd.

         Teraz to wiem z różnych przekazów, dlatego postać Tomka w wydaniu Dawida Ogrodnika nijak się nie ma do moich wyobrażeń.

          Nie dziwię się, że jego przyjaciele oprotestowali ten film.

      Wystarczy włączyć sobie na Youtube Wywiad z wampirem, z Jagielskim z roku 1999, żeby zobaczyć, że Tomek w realu nie przypominał postaci granej przez Ogrodnika. Scena ta została zresztą bardzo zgrabnie zmontowana w filmie, gdzie Jagielski to Jagielski, a Tomek to Ogrodnik. Ale to nie jest TEN Tomek.

       

         Nawet nie mając bladego pojęcia o tej rodzinie trudno sobie wyobrazić, że po przeprowadzce do Warszawy 18-latek, który głownie tłucze butelkami albo głową o ścianę i  wciąż próbuje się zabić (jak to pokazuje film), wprowadza się do OSOBNEGO mieszkania, choć jest rok 1977, a Beksińscy wtedy jeszcze do zamożnych nie należą.

         Mimo kolejnych prób samobójczych i aktów agresji nie widać, żeby ktoś starał się go leczyć. W filmie Tomek odbywa JEDNĄ sesję z niemym terapeutą, zakończoną oczywiście fiaskiem.

       

         Jakoś nie mogę uwierzyć, że rodzice, którzy przecież żyli w permanentnym strachu o niego, ograniczali się do robienia mu nalotów, kiedy długo nie odbierał telefonu. A kiedy demoluje kuchnię matki, ojciec łapie za kamerę i kręci…

       

         Nie czuję tu ciągłości i konsekwencji zdarzeń. Tak jakby nakręcono 6 godzin filmu, a potem z konieczności usunięto większość. To co zostało, nie jest ze sobą spójne.     

         Nie trzeba być psychologiem, żeby widzieć wszystkie błędy popełniane przez rodziców. Ale brak wiedzy i nieumiejętność rozmawiania z osobą w depresji to jedno, a całkowita bierność i dystansowanie się to drugie. Z książek i wywiadów a także relacji świadków wynika, że ich życie wyglądało jednak inaczej, niż pokazano w  filmie.


         Wierzę, że po śmierci żony Beksiński nie miał już sił mierzyć się z chorobą Tomka i że odczuł ulgę po jego samobójczej śmierci.

         Ale koniec, jaki jemu samemu zgotował los, mógł wymyślić tylko najbardziej upiorny z upiorów, wyzierających z jego obrazów...

      Może ten?

       

       z7393540Q.jpg

       

      Albo ten:

       

      20120321_122640.jpg

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

      -         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

      -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ostatnia Rodzina, a właściwie dlaczego ostatnia?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 października 2016 08:19
  • poniedziałek, 03 października 2016
    • Pan Bój jest męskim szowinistą.

       

       

      Miałam sen...

      Raczej koszmar senny. Nagle uświadomiłam sobie, że oto minął Sylwester i Nowy Rok, a ja nie złożyłam NIKOMU życzeń.

      Gorzej, nikt MNIE nie złożył życzeń!

         Zimny pot mnie oblał na myśl, jaka zapanowała znieczulica, jak oto rezygnujemy z elementarnych zasad życia w grupie. Siedzimy w swoich norach jak susły w zimie i nie mamy już ochoty nawet się wspólnie zabawić... Brrr...

       

         Na szczęście się obudziłam i przypomniałam sobie, że tak źle nie jest. Że dziś idziemy wspólnie walczyć.

       

         To takie wielkie słowa - walczyć o prawa kobiet, o godność, o poszanowanie...

      Tyle razy padły one z ust osób trzymających mikrofon, i tych zaczepionych na ulicy.

      Żeby nie wiem jak wystrzegać się patosu, w tej sytuacji się nie da.

         Ale ważny jest jeden fantastyczny aspekt - że manifestują nie tylko kobiety żywotnie zainteresowane tematem prokreacji, czyli antykoncepcją, in vitro, prawem do aborcji i badań prenatalnych. Ramię w ramię idą też kobiety po 50-tce i 70-tce, ciężarne i te które dzieci mieć nie zamierzają. Feministki i wzorowe gospodynie domowe. Płodne i bezpłodne.

      I mężczyźni.

       

         Według ministra Błaszczaka protesty w sprawie tak zwanego obywatelskiego projektu o zakazie aborcji to tylko temat zastępczy, zwykła hucpa, aby podgrzewać atmosferę, skoro konflikt o Trybunał przygasa.

         Myli się pan, panie ministrze. To dopiero początek.

      Kobiet jest więcej niż mężczyzn. Kobiet mądrych i świadomych jest zdecydowanie więcej niż mądrych i świadomych mężczyzn. Kobiet dźwigających na barkach ciężar utrzymania rodziny, opieki nad gromadką dzieci, czasem chorych i niepełnosprawnych, jest dużo, dużo więcej niż nawiedzonych hipokrytów, uważających, że wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre.

       

        Ja wiem, że nawet wśród kobiet zdarzają się idiotki typu Pawłowicz. Ale na szczęście wielu mądrych mężczyzn sprzeciwia się drakońskim przepisom, nawet jeśli ten temat zupełnie ich nie dotyczy?

       

            Wśród procedowanych zmian znalazł się zakaz badań prenatalnych. Tyle że nawet tak durny konserwatywno-nawiedzony portal jak FRONDA kilka lat temu z uciechą zamieścił historię chłopca, któremu przed laty zoperowano kręgosłup w łonie matki. Zdjęcie rączki trzymającej za palec chirurga, zrobiło światową karierę.

       

      The-Hand-of-Hope-72dpi.jpg

       

        Fronda zachłystywała się cudem życia, jaki darowano chłopcu, który dziś jest zdrowym nastolatkiem.

          Ale jakie miałby on szanse na życie i zdrowie, gdyby nie zdiagnozowano i nie zoperowano go w piątym miesiącu życia?

      Panie Terlikowski! Pan był naczelnym Frondy przez wiele lat. Nic panu tu nie zgrzyta?

       

         Byłam dziś na manifie w obronie praw kobiet. Niestety niebo nie sprzyjało kobietom, gdyż w Warszawie od rana lało jak z cebra. Mimo to tabuny pań, ubranych na czarno w mniej lub bardziej prowokacyjny sposób, wędrowały po mieście (miastach) biorąc udział w zgromadzeniach, wspólnym czytaniu książek czy innych eventach. Ja i moje dziewczyny wzięłyśmy na dzisiaj urlop.

         Sama wyglądałam jak czarna wdowa, choć wypożyczony na tę okazję od mamy czarny płaszcz okazał się zbyt ciepły.

      Było 16 stopni.

      Chociaż tyle, Panie Boże...

      Ale na przyszłość radzę się poprawić!

      Nie, ja nie grożę... Ale...

        

      P1090719.jpg

       

      P1090716.jpg

       

      P1090711.jpg

       

      P1090710.jpg

       

      P1090708.jpg

       

      P1090696.jpg

       

      P1090720.jpg

       

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

      -         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

      -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 października 2016 16:17
  • wtorek, 20 września 2016
    • Zmiany, zmiany...

       

         Człowiek powinien ewoluować, inaczej wciąż tańczylibyśmy wokół ogniska wymachując maczugą.

       

         W ostatnich miesiącach w moim codziennym życiu też nastąpiło parę zmian, którymi chcę się podzielić.

       

         Pierwsza dotyczy ciała, konkretnie walki o kondycję i nie ukrywajmy - o zachowanie jakiej takiej sylwetki. Żmudne i wyciskające nieestetyczny pot ćwiczenia, które muszą wszak trwać minimum 40 minut, żeby były efektywne, na jakiś czas zastąpiłam "ucieczką przed tygrysem szablozębnym".

       

         Może niektórzy czytali o tym w Wysokich Obcasach, była też wcześniej notka w sieci. Oto już w latach 70-tych postała rewolucyjna teoria, że czterominutowe mordercze ćwiczenia interwałowe są w stanie całkowicie zastąpić godzinny wycisk na siłowni czy bieżni.

         Sztuka polega na tym, iż owe króciutkie ćwiczenia muszą być naprawdę zabójcze, czyli odbywać się w takim tempie, jak gdyby gonił nas tygrys szablozębny.

      Puls musi skoczyć na 120 i wyżej.

       

            Ćwiczenia wykonuje się w trybie : 20 sekund ćwiczeń, 10 sekund relaksu, 20 sekund ćwiczeń, itd, łącznie 4 minuty.

      W efekcie jeszcze przez dobę nasz organizm spłaca tzw. dług tlenowy, a tłuszcz jest sukcesywnie pobierany aby zregenerować mięśnie nadwyrężone skrajnym obciążeniem.

         Brzmi to niewiarygodnie, a jednak działa.

         Z premedytacją przez kilka tygodni olałam Chodakowską i marszobiegi, aplikując sobie codziennie rano 4 minuty ucieczki. Zamiast tygrysa można sobie wyobrazić goniących czterech gwałcicieli w meksykańskich slumsach, albo coś.

       

         Konkluzja: przestrzegając tych samych zasad żywienia co zazwyczaj i tak samo je łamiąc, nie zauważyłam ani przyrostu wagi, ani spadku kondycji.         

         Oczywiście, 4 minuty dziennie nie dostarczą człowiekowi tych endorfin, które płyną wskutek długotrwałego wysiłku, ale są cudowną alternatywą w przypadku braku czasu i możliwości. Wystarczy metr kwadratowy podłogi.

       

         Drugą rewolucyjną zmianą było zastąpienie pasty i płynu do płukania zębów - mieszanką oleju kokosowego i sody oczyszczonej. Olej kokosowy ma właściwości lecznicze i łagodzące wszelkie stany zapalne, zaś soda wybiela i pomaga usuwać kamień.

         Przyznaję, smak jest dość paskudny w trakcie mycia, jeśli się oddycha przez nos. Jeśli oddychamy ustami, nie poczujemy nic. Mieszanka daje się błyskawicznie wypłukać, nic nie zostaje na języku. Dobroczynny skutek jest taki, że rano nie czuje się w ustach filcowego kapcia, zęby wydają się bielsze i gładsze. O różnicy w cenie nie wspomnę.

       

         Wreszcie ostatnią zmianą było skierowanie tradycyjnych kremów do twarzy w stronę kosza, a zastąpienie ich olejami, oraz krzemowym żelem. O mojej miłości do preparatów firmy Invex Remedies  z Kielc pisałam wielokrotnie. Tu można zobaczyć ich ofertę:

      http://www.invexremedies.pl/sklep/pl/19-dermokosmetyki

         Roztwory złota, srebra i krzemu jeżdżą ze mną nawet na jednodniowe wypady, gdyż nie mogę ryzykować, że zabraknie mi któregoś z nich, kiedy zaskrzypi mi w gardle, w nosie, albo wyrośnie pryszcz na brodzie.

       

          Żel na bazie krzemu i boru zastępuje nie tylko krem, ale też balsam do ciała i do rąk. Jest bardzo wydajny, butelkę 200 ml za 38,00 zł zużywam już od kilku miesięcy i on wciąż tam jest. Dodając pod oczy i wokół ust parę kropel olejku z nasion opuncji z Maroka (np. z Mydlarni u Franciszka) lub arganowego, możemy zapomnieć o kremach z drogerii, które często uczulają, są albo za tłuste, albo za suche, a przede wszystkim kosztują.

       

      C:\fakepath\P1090689.jpg 

       

        Taki to paradoks… Zamiast korzystać z coraz bardziej wymyślnych technologii poprawiających urodę -“ olej i soda oczyszczona.

          Spokojnie, nie zachęcam do mycia naczyń piaskiem, a włosów szarym mydłem. Ale peeling głowy papką z siemienia lnianego, mycie skalpu samą odżywką i takie tam - czemu nie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 września 2016 19:55
  • sobota, 10 września 2016
    • Strach przed lataniem? No, proszę Was...

       


         Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze mój kark wytrzymywał wielogodzinne podchodzenie pod ścianę, a zwłaszcza powrót do wylotu doliny w Tatrach, zamarzyło mi się polecieć na paralotni.

         Będąc szczęściarą z urodzenia, trafiłam od razu na najlepszego lotnika na Podhalu, którego TVN i inne stacje wykorzystują do swoich programów ekstremalnych. Wtedy wspinaliśmy się pieszo na Przełęcz między Kopami, a potem Bóg zesłał odpowiedni wiatr i po półgodzinnym kołowaniu nad smrekami mogłam sfrunąć do podnóża jako ten Archanioł Gabriel, budząc szczerą zazdrość wśród gapiów. Oni musieli dygać na nogach te 1,5 godz. w dół.

         Obecna pogoda w Dolomitach dała nam okazję do tylu wspinaczek, że któregoś dnia zapragnęłam spróbować czegoś innego. W Corvarze, niemal pod naszym nosem, działało biuro organizujące loty w tandemie. Zapisałam się na południe, jednak po przybyciu okazało się, że wszystkie loty są odwołane, bo przyszedł zły wiatr od zachodu. 
         Następne dwa dni były straszliwie wietrzne, więc trzeba było czekać.
      Wreszcie trzeciego dnia się udało.

         Przydzielono mi młodego przystojniaka Roberto, z którym wjechałam niemiłosiernie długimi krzesłami na stację Valon (ok.2200 m). Tam na kamienistym zboczu rozłożono płachtę, żeby nie wybić sobie zębów o podłoże. Wszak żeby polecieć, najpierw trzeba trochę pobiegać.

         Otrzymałam kombinezon, grube rękawice, oraz kask. Kombinezon był uniwersalny, wcześniej latała w nim pani na oko jakieś 30 kg cięższa, oraz pan o 30 cm wyższy. Po zapięciu wszystkich suwaków i klamer wyglądałam jak Barba Papa. Ale fakt, było w nim ciepło, bo tam na górze można zamarznąć nawet kiedy na dole jest 30 stopni.

      Tu proces ubierania, które jest zawsze przedmiotem niewybrednych żarcików.:

       

      C:\fakepath\DSCF4033a.jpg

       

         Teraz musieliśmy jeszcze poczekać na dobry wiatr. Jak mówił mój lotnik z Tatr - "latanie polega na czekaniu". 
      Na szczęście tym razem wystarczyło 10 minut i padło hasło: Teraz.

         Przyznaję, że trochę spanikowałam. Przed nami był stromy stok, max. 40 metrów w dół, potem wypłaszczenie i płot.
      Gdybyśmy nie zdążyli się wzbić w powietrze, wylądowalibyśmy na płocie.
         W dodatku dostałam jeszcze do ręki kamerę na długim kiju, co stanowiło dodatkowy czynnik stresujący. Bałam się, że wszystko mi się dokumentnie popieprzy.

       

      C:\fakepath\DSCF4043.jpg

        Ale nie było źle. Nie wiem jak, ale nagle znaleźliśmy się w powietrzu. Roberto zabrał ode mnie ciężką kamerę, dalej już sam kręcił filmik i robił zdjęcia z boku, z góry i z dołu.
          Pomysł genialny, bo mając nawet sztab kamerzystów przy starcie i lądowaniu, tego co najlepsze nie udałoby się uwiecznić.
         A było bajecznie… Pod nami turkusowe jeziorko, wokół ściany Piz Boe, Sassonghera, Col Alto. Zarośnięte lasami zbocza, albo idealnie wystrzyżone łąki, jak pola golfowe. Miasteczko i wijąca się jak wąż szosa. 

       

      C:\fakepath\GOPR0348a.jpg

       

      C:\fakepath\GOPR0354a.jpg

       

      C:\fakepath\GOPR0360a.jpg

       

      C:\fakepath\GOPR0361a.jpg


         Niestety, wiatr szybko osłabł i zaczęliśmy tracić wysokość. Roberto robił co mógł, aby nas podciągnąć do góry, ale z pustego i Salomon nie naleje…
      Po 15-20 minutach zaczęliśmy kołować nad łąką, która robi za lądowisko. Wylądowaliśmy idealnie, na raptem 3 metrach.

       

      C:\fakepath\DSCF4014a.jpg


         Potem jeszcze dla porządku mój lotnik pokazał mi film, żebym świadomie podjęła decyzję, czy chcę go kupić. 
      No, ja myślę. Choćbym miała wziąć kredyt w banku!
      Na szczęście kwota była niewygórowana.

         Nawiązując do Eriki Jong - "Strach przed lataniem" jeszcze mnie nie dotyczy. 
      Może to wciąż brak wyobraźni…

      Jakoś nie umiem się starzeć "godnie"... :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      sobota, 10 września 2016 16:22
  • niedziela, 04 września 2016
    • Sas Rigais, czyli o matko, jak daleko!

      Nieustannie zapraszam na mój górski blog helenarotwand.bloog.pl

      Tu wrzucam jeden z wpisów:

      1.09.2016 

         Dziś wybraliśmy się na nową ferratę na samotnym masywie Sas Rigais w grupie Odle. Nie znaliśmy wcześniej ani góry, ani ferraty. Ma ona klasę 3 w 6-stopniowej skali, więc zaryzykowałam. Trójki niestety są nierówne, często jedno kluczowe miejsce decyduje o zaniżeniu lub zawyżeniu skali. Ta okazała się ferratą marzeń. Ale… zawsze musi być jakieś ale.

       

         Przewodniki liczą czas przejścia całej góry z ferratą włącznie na ok. 6 godzin. Nie wliczają w to odpoczynków ani wolniejszego tempa marszu, więc trzeba zachować dużą ostrożność w planowaniu.

       

        W Dolomitach rządzi nie kondycja czy skala trudności, tylko termin odjazdu ostatniej kolejki. Spóźnisz się, to dygasz dodatkowe 600 albo 900 metrów pionu na nogach, co przy zmęczeniu i obolałych kolanach może się okazać śmiertelne. Dlatego jeśli kolejka kończy o 17.30, to choćbyś miał zostawić płuca w drodze powrotnej, musisz zdążyć.

       

         Sas Rigais to trzytysięcznik, położony w paśmie Odle.

      Ferrata biegnie mniej więcej od 2750 do szczytu (3025 m), potem od szczytu w dół również ze 200 metrów pionu.

      Pozostałą odległość ze i do schroniska trzeba się żmudnie gramolić. 

       

         To po kolei. Start z dolnej stacji kolejki w Santa Christina od 8.30. Radzę łapać się na pierwszy wjazd, bo każda minuta ma znaczenie.

         Po 15 minutach jesteśmy na górnej stacji na 2107 m, skąd ok. 20 minut. lecimy prawie po płaskim, a nawet lekko w dół do schroniska Rifugio Firenze (dla ułatwienia po niemiecku to Regensburger Huette).   Jesteśmy na 2037.

       

         Odradzam odpoczynek, najlepiej od razu gnać w górę. Najpierw znów prawie po płaskim 30 minut, wyjście na rozległe plateau u stóp Sas Rigais.

       

      C:\fakepath\P1090609.jpg

       

         Jeszcze 30 minut do rozejścia szlaków i tu trzeba podjąć decyzję - drogowskaz w lewo wskazuje Via Ferrata Sas Rigais. Drogowskaz na wprost - dokładnie to samo. W zależności którą drogę wybierzemy, okrążymy masyw i wejdziemy na szczyt od zachodniej lub od wschodniej strony. Oba warianty dotrą do ferraty i zaprowadzą nas na szczyt, ale lepszy jest wariant na wprost, od wschodu. Tak jest chyba wygodniej.

       

        "Wygodniej"… to duży eufemizm. Podejście z obu stron jest mordercze, ale mimo wszystko od wschodu lepiej. Wybór między dżumą a cholerą…

         Drapiemy się więc wielkim piarżystym żlebem. Jakby powiedział Kramer: "A powietrza coraz mniej…", bo jesteśmy ponad 2500 m.

       

      C:\fakepath\P1090610.JPG

       

      Widok w dół doliny

       

      C:\fakepath\P1090611.jpg

       

       Po 2,5 ha wychodzimy na przełęcz, gdzie zaczyna się wspinanie po kamieniach. Skała jest chwytna, ale wymaga zręczności, bo na razie brak ubezpieczeń. Większość drogi pokonuję na czterech łapach, co uprzytamnia dobitnie, że człowiek jednak pochodzi od małpy…

       

         Dopiero po 20 minutach zaczyna się ferrata. Jesteśmy mniej więcej na 2750 m.  

         Ferrata jest boska. Ma wprawdzie jedną dość długą pionową ścianę, ale też tyle dziur i podkuć, że lina staje się niemal zbędna. Próbuję wchodzić "etycznie", czyli nie dotykać liny, łapiąc się samych skał i idzie mi dobrze. Oczywiście wciąż jesteśmy przypięci, nie ma mowy o chojrakowaniu. Ale to jest to, co uwielbiam - zero strachu, zero niebezpieczeństwa, pełna wolność i mierzenie się tylko z własną kondycją. A ta ma się nieźle, choć… powietrza coraz mniej.

       C:\fakepath\P1090640.JPG

       

         Po godzinie pięcia się ferratą wyłazimy na szczyt z krzyżem. Jesteśmy na wys. 3025 m. Tlenu o 30 % mniej, ale oddychamy pełną piersią. Widoki obłędne, choć nałażą wciąż mgły. Ale to dodaje tylko uroku.

       

      C:\fakepath\P1090628.JPG

       

      C:\fakepath\P1090631.JPG

       

        Po krótkim odpoczynku trzeba się zbierać, bo do domu mamy kawał. Choć schronisko Firenze widzimy niemal przez cały czas i wydaje się być w zasięgu ręki, musimy opuścić się prawie 1000 metrów w dół. Zajmie nam to bite 2.30 godziny BEZ ODPOCZYNKU. Najpierw ferratą, potem po głazach i piargach, ostatnie 40 minut po łące, prawie płasko. Kolana i stopy wyją ze zmęczenia, kije ratują sytuację na dolnym odcinku, ale od nich zaczynają też boleć ramiona i barki. 

       

      Widok ze schroniska na całe pasmo:

       

      C:\fakepath\P1090644.JPG

       

         W sumie szliśmy od 8.50 do 17.10 (od górnej stacji kolejki do kolejki), czyli bite 8.20 ha. To dużo, zwłaszcza że końcówka robiona niemal biegiem. Gorzej, że niewiele da się zrobić, żeby tak nie gonić. Bo kolejka jedzie tylko od 8.30 do 17.30, więc luzu nie ma.

       

         Ale kiedy już odtajaliśmy w domu, pojedliśmy i uzupełniliśmy płyny, powoli zaczęliśmy dochodzić do wniosku, że chyba tam jeszcze wrócimy. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 września 2016 10:03

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę