Świat na głowie postawiony.

Wpisy

  • sobota, 03 września 2016
  • piątek, 26 sierpnia 2016
    • Wreszcie i na mnie przyszedł czas...


         Nadszedł i dla mnie czas urlopu właściwego. Dotąd mogłam tylko łkać po cichu, czytając Wasze relacje z wypoczynku.

         Będę prawie tam, gdzie zawsze o tej porze roku - w Dolomitach. Liczę na
      swoje szczęście do pogody, bo bez tego ani rusz. W ubiegłym roku - pewnie
      nie pamiętacie - ale i ja na 3.000 m, i Wy w mieście mieliście ponad 30 stopni ciepła.

         Ale Wam było łatwiej...

         Najważniejsze, żeby nie lało.


         Będę się meldować na blogu górskim:

      http://helenarotwand.bloog.pl

      i opisywać co ciekawsze trasy.

         Nie oczekuję wyrazów podziwu ani aplauzu :) Proszę tylko o trzymanie kciuków za pogodę, całe kości i w ogóle...


      Pozdrawiam

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 26 sierpnia 2016 19:33
  • środa, 17 sierpnia 2016
    • Wampir honorowym krwiodawcą? Bez jaj...

       

         Od zawsze wiemy, że nie ma cenniejszego płynu od ludzkiej krwi.

      My wampiry wiemy to bardziej niż inni.

       

         Wiadomo też, że krwi wciąż brakuje, a do wyhodowania zamiennika krwi jeszcze daleka droga. Do niedawna szpitale prosiły (lub wydawały polecenie) aby rodzina czy znajomi osoby kierowanej na operację, oddawali pół litra.

      Jakoś nigdy dotąd  nie odważyłam się tego zrobić, aż do teraz.

       

         Największą placówką poboru krwi w Warszawie jest Centrum Krwiodawstwa na ul. Saskiej. Ponieważ ludzie przeważnie znają tylko to miejsce, kłębi się tam tłum jak za komuny, kiedy rzucali pralki. Albo dywan.

         Najgorszym dniem jest piątek i sobota, wtedy nie warto się w ogóle pojawiać w pobliżu. Stania jest na jakieś 3 godziny.

       

         Ponieważ odbiłam się od tej masy w sobotę, pojechałam tam w dzień powszedni i już po 20 minutach maszyna wywołała mój numerek.

         Radość trwała krótko. Od 1.06.16 zmieniono system. Dziś mogłam oddać jedynie próbkę krwi, a właściwą ilość – nie wcześniej niż za 18 dni. W tym czasie krew jest badana na okoliczność HIV, kiły, żółtaczki i dopiero kiedy wszystko jest w porządku, pobiera się większą ilość.

       

        Moim skromnym zdaniem, przez 18 dni można jeszcze niejedno złapać, ale niewątpliwie szanse są małe.

       

         Ponieważ mój zapał zaczął nagle słabnąć, zapytałam, czy jest jakieś inne miejsce, gdzie można oddać krew od razu.

      Wysłano mnie do szpitala na Nowogrodzką.

         A tam – bajka. Żywego ducha w kolejce. Rejestracja od ręki. Pobranie próbki krwi – od drugiej ręki.

      I do lekarza.

       

      I……..

      NIE ZDAŁAM…….!!!!!!!!!!

       

         Bo jak ta trąba napisałam szczerze, że łyknęłam rano Accard na rozrzedzenie krwi, żeby coś mi z tych żył pociekło, bo mam ciśnienie jak żaba w lutym. Drugi błąd. Jeśli ciśnienie jest poniżej 100-110 to krwi nie pobiorą w ogóle. Można dostać zapaści.

         Tak czy siak ten Accard mnie zdyskwalifikował i było pozamiatane.

       

        Konkluzje są następujące.

      - jeśli chcecie oddać krew, to jedźcie na Nowogrodzką. Broń Boże nie na Saską!

      - zmierzcie ciśnienie i upewnijcie się, czy nie macie zbyt niskiego. Mówię oczywiście o górnym.

      - nie bierzcie leków zawierających aspirynę w żadnej postaci. Po wzięciu należy odczekać 7 dni. Inaczej krew jest nieprzydatna i pójdzie do utylizacji.

      - i pospieszcie się, bo za chwilę i na Nowogrodzkiej będzie tłum. Fakt faktem, że pobieranie krwi niesprawdzonej a potem jej utylizacja, kiedy coś z nią będzie nie tak, jest nie tylko kosztowne ale niepotrzebnie osłabia naród. Nosiciel wirusa żółtaczki typu C czy HIV może o tym nie wiedzieć. Utoczenie mu pół litra krwi może osłabić odporność i zaktywizować wirusa.

       

      No i tyle wyszło z mojego bohaterstwa…

      Czy ktoś ma może doświadczenia z krwiodawstwem?

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

      -         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

      -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      środa, 17 sierpnia 2016 12:41
  • czwartek, 11 sierpnia 2016
    • Napiłby się człowiek, czyli Szkocji część szósta i ostatnia

      C:\fakepath\DSCF2574.JPG

       

         Było coś dla ducha, to może teraz bardziej przyziemnie. Napiłby się człowiek…

      Ale czego? W Szkocji oczywiście -  whisky.

         Kiedy Angole ogłosili wyjście Z UE a Szkoci na to, że w takim razie oni wychodzą z WB, pierwsza moja myśl była następująca: Przecież bez szkockiej whisky budżet WB się zawali…

       

         Niestety, w takich sprawach należy trzymać się faktów, a one są następujące: PKB Szkocji to ok. 216 mld USD. Z tego zaledwie 4% przynosi produkcja whisky, czyli „marne” 8,6 mld $.

      Wobec BILIONÓW PKB całej Wielkiej Brytanii, to jednak pikuś…

       

         Co nie zmienia faktu, że wszyscy inteligentni ludzie, także aborygeni czy Papuasi będą kojarzyć whisky głównie ze Szkocją.

       

         W Szkocji jest co najmniej 120 destylarni, produkujących złoty trunek. Odwiedziliśmy 3 z nich. W końcu nie różnią się one od siebie aż tak bardzo.

        Ja dałam się zaprowadzić tylko do destylarni The Glenlivet, zagubionej wśród wzgórz i lasów, do której z każdej strony prowadziły owe sławetne wąskie drogi, opisane poprzednio. Zważywszy, że rocznie sprzedaje się tu 700.000 beczek (130 mln litrów), nieodparcie nasuwało mi się pytanie: jak oni tę whisky stąd wywożą? Na osiołkach??? Bo dróg dla TIR-ów jakoś nie widziałam.

       

         Pani przewodniczka bardzo ładnie opowiedziała, jak się produkuje whisky, a potem wyprowadziła nas pod wielką halę, opatrzoną dużym napisem „Skład podatkowy”. Wiadomo, akcyza.

         Wyjęła mały kluczyk i otworzyła taką małą kłódeczkę na wielkich drzwiach. Oczom naszym ukazały się rzędy 200 litrowych beczek, ciągnących się po horyzont i spiętrowanych aż pod niebo.  Miliony funtów w płynie. Tabliczki podpowiadały, która jest 12-letnia, która 18-letnia.

         Skojarzenie potencjalnej wartości takiego magazynu z tą malutką kłódeczką - bezcenne.

      U nas przed drzwiami stałby pewnie oddział komandosów.

       

         W powietrzu unosił się dyskretny zapach alkoholu z lekką nutą torfu. Nic dziwnego, co roku z beczek ulatnia się 2 % zawartości. Pamiętacie - to „whisky dla aniołów”.

         Teraz łatwiej zrozumieć, dlaczego whisky 18-letnia jest sporo droższa od 12-letniejj. Stratę daje łatwo policzyć, dodając koszty magazynowania i samych beczek, które mogą być użyte 3-krotnie w swoim życiu.

       

         Na koniec zostaliśmy poczęstowani całkiem pokaźną jak na próbkę porcją trunku, mając 3 gatunki do wyboru.

      Nie jestem amatorką whisky, ale skusiłam się na nowy gatunek, starzony w beczkach po brandy. Faktycznie, przypominał brandy w smaku, więc dało się wypić, ale nie będzie to nigdy mój ulubiony alkohol :-)

       

      C:\fakepath\DSCF2352.JPG

       

      C:\fakepath\DSCF2354.JPG

       

          Chociaż Szkoci dumni są z narodowego trunku, jednak ceny w sklepach i barach są dość zaporowe. Nie wiem, czy to jak w Szwecji, prewencja antyalkoholowa, ale wychodzi na to, że u nas za podobną cenę lub taniej dostaniemy 40 ml dobrej whisky, zaś w Szkocji tylko 25 ml. To jest oficjalna serwowana ilość. Dość śmieszna, przyznacie.

         Taka porcyjka, co się po zębach rozleje, potrafi kosztować nawet 7 funtów, i nie mówię tu o jakiejś super super z 76 roku. Takie chodzą po 25-38 funtów za 25 ml.

       

         Na wyspie Mull odwiedziliśmy destylarnię Tobermory, gdzie spotkaliśmy takie oto ceny butelek. Proszę zwrócić uwagę na ostatnią pozycję. Cóż, anioły nieźle się musiały ożłopać, skoro ta resztka osiąga takie ceny...

         Do zwiedzania był niestety tłum chętnych, więc odpuściliśmy.

       C:\fakepath\DSCF2530.JPG

       

      C:\fakepath\DSCF2535.JPG

       

         Za to w Obanie moi panowie nie tylko znów zostali poczęstowani, ale jeszcze dostali szklaneczki na własność. Szklane, eleganckie.

       

       C:\fakepath\DSCF2493.JPG

       

         Chyba macie już dość tej Szkocji. 

      Na koniec więc trzy mroczne migawki ze szkockich klimatów. Zrobione z okna jadącego autobusu, przez zalane deszczem szyby...

       

      C:\fakepath\DSCF2572.JPG

       

      C:\fakepath\DSCF2573.JPG

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 sierpnia 2016 18:31
  • piątek, 05 sierpnia 2016
    • Jest pięknie, czyli Szkocji cz.5

       

         Chciałabym jeszcze raz kategorycznie zaprzeczyć pomówieniom, jakobym się w tej Szkocji męczyła, albo że NIC mi się tam nie podobało.

         To absolutna nieprawda! Ja po prostu staram się rzetelnie przekazywać, co wydało mi się świetne, a co nie.

         Ale zawsze jest trudniej, kiedy człowiek nastawi się na cuda-niewidy, które okazują się takie sobie.

       

         Dzisiaj będzie o ładnych rzeczach.

         Szkocja ma chyba największą ilość zamków na kilometr kwadratowy na świecie, jednak ogromna większość z nich to ruiny. Czasem są uzdatnione do zwiedzania, tak jak zamek Kilchurn z licznymi schodkami i balustradami, umożliwiającymi ludziom łażenie po murach. Szkoda tylko, że dojazd do niego jest dobrze ukryty wśród przydrożnych krzaków i trzy razy zawracaliśmy, żeby tę ścieżkę wreszcie wypatrzyć.

       

      DSCF2692.jpg

       

      DSCF2691.jpg

       

      Dooobra, miałam nie narzekać!!!

       

         Zamki zadbane i odrestaurowane należą

      a) do rodziny królewskiej (jak Balmoral, który ładnie robi za tło w filmie „Królowa” z Helen Mirren. Zwiedza się tylko jedną salę i to tylko wtedy, kiedy rodzina królewska nie postanowi przyjechać.

       

      DSCF2340.jpg

       

      DSCF2344.jpg

       

      DSCF2350.jpg

       

      b) do prywatnych osób, które albo w nim mieszkają jak w wymienionym poprzednio zamku Duart, albo grzeją kości np. w Afryce Południowej, czemu właściwie się nie dziwię.

         To zamek Blair - właściciel zgromadził tu tysiące przedmiotów datowanych od 1700 r w górę. Od broni myśliwskiej, poprzez porcelanę, szczotki do włosów, świeczniki, po meble i obrazy. Obowiązuje zakaz fotografowania, ale wnętrza naprawdę robią wrażenie. Z zewnątrz zresztą też.

       

      DSCF2299.jpg

       

      DSCF2300.jpg

       

      DSCF2303.jpg

       

         Inną prywatną własnością jest zamek Aldourie, niedaleko Inverness. Trudno go było znaleźć, bo nie wiedzie do niego żaden drogowskaz i w zasadzie nie powinniśmy się byli w ogóle tam pchać. Ale nie mogłam się powstrzymać żeby nie zrobić z daleka paru zdjęć. Takie przytulne M-4.

      Ach, te trawniki... I te 200 letnie drzewa wokoło.

       

      DSCF2431.jpg

       

      DSCF2422.jpg

       

         Architektura szkocka (o angielskiej się nie wypowiadam, bo nie byłam) bazuje na szarym kamieniu. Ma on swój urok, zwłaszcza kiedy wyjdzie słońce.

         W tym kontekście uważam miasto Inverness, (położone blisko słynnego Loch Ness), za najbardziej malownicze. Rzędy dyskretnie zdobionych kamieniczek, wyniosła katedra i liczne mostki przez rzekę Ness pięknie pozują do zdjęć. Udało mi się nawet złapać zachodzące słońce face to face.

       

      DSCF2368.jpg

       

      DSCF2366.jpg

       

      DSCF2405.jpg

       

      A to dom pogrzebowy:

       

      DSCF2377.jpg

       

      A to widok na katedrę z zamku.

       

      DSCF2385.jpg

       

         Absolutnie urokliwa okazała się też wioska Luss nad jeziorem Loch Lomond. Samo jezioro było tego dnia zasnute mgłą i niskimi chmurami, ale w wiosce wyszło nam słońce. Mieliśmy tu okazję obejrzeć gości weselnych wracających z kościoła. Kapelusze jak w Ascot i obowiązkowo kilt.

       

      DSCF2718.jpg

       

      DSCF2719.jpg

       

      DSCF2736.jpg

       

      DSCF2707.jpg

       DSCF2704.jpg

       

      DSCF2710.jpg

       

        Śliczne jest miasteczko Oban na zachodnim wybrzeżu. Dla smakoszy whisky   jest to nazwa wiele mówiąca, ale o whisky napiszę jeszcze osobno.

       

      DSCF2488.jpg

       

      DSCF2507.jpg

       

        Z Obana można płynąć promami na pobliskie wyspy Hebrydy i byłoby cudnie, gdyby nie 300 deszczowych dni w roku. Właśnie tutaj mieliśmy przez cały dzień NAPRAWDĘ szkocką pogodę. Lało, mżyło, zacinało, wiało jak diabli. Oczywiście i tu dla nas wyszło słońce, ale bardzo nieśmiało i bez przekonania. Generalnie dzień był zasmarkany, mimo to domki w miejscowości Tobermory na wyspie Mull wyglądały uroczo. Były bardziej kolorowe niż starówka wrocławska. Czymś trzeba sobie poprawiać nastrój, gdy z nieba leje. 

       

      DSCF2561.jpg

       

      DSCF2557.jpg

       

          A to po prostu jedna z małych miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy.

       DSCF2321.jpg

       

      DSCF2320.jpg

       

      DSCF2374.jpg

       

      No, niech Wam będzie... Ładnie tu jest . Tylko czasem trzeba się dobrze naszukać...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 05 sierpnia 2016 19:07
  • poniedziałek, 01 sierpnia 2016
    • Zachwyca w końcu czy nie, czyli Szkocji cz.4

       

        Najwyższy czas żeby podsumować wrażenia, bo my tu sobie o szczegółach anatomicznych, np. o lewej ręce czy grubych udach, a jak dotąd nie określiłam jasno: zachwyca czy nie zachwyca?

       

         Powtórzę to co już wcześniej pisałam w komentarzu: podróżowanie, zwłaszcza jeśli systematyczne i wielokrotne, ma też swoje wady. Kiedy się widziało zamki i katedry Portugalii, Andaluzji czy Toskanii, ma się niestety wysoko postawione oczekiwania.

       

         O Szkocji słyszałam jedno: że będzie syfiasta pogoda, ale za to bajeczne widoki. Tego oczekiwaliśmy. A było tak: pogoda całkiem całkiem, a widoki - ładne.

         Zabytki - albo "młode", 100-150 - letnie a wtedy zwykle fantazyjne, ciekawe, albo starsze (choć daleko im do włoskich czy hiszpańskich, bo wciąż się paliły, albo trafiał je piorun), a wtedy widać wpływ klimatu. Skoro zimno i wieje jak cholera, to bryła miała być niska, przysadzista, praktyczna. Z małymi oknami, żeby nie tracić ciepła. Z minimalną ilością ozdób na zewnątrz, bo komu by się chciało wykuwać jakieś ozdóbki, skoro łeb urywa?

       

          Przykro mi, ale nie umiem się zachwycać zamczyskami typu Duart na wyspie Mull, którym zachwycają się przewodniki:

       

       DSCF2607.jpg

       

      choć kręcono tu "Osaczonych" z Seanem Connery.

         Jego matka wywodzi się  akurat z klanu MacLean, do którego należy zamek. Co ciekawe, ten zamek także był niemal zrównany z ziemią, a odbudowano go dopiero w 1911 roku w takim ciężkim stylu.

          Lepiej wygląda z morza.

       

      DSCF2630.jpg

       

        Innym "filmowym" zamkiem, z którego niestety pozostały tylko ruiny, to castle Stalker. Malowniczo położony na wyspie, stał się scenerią dla filmu "Monty Python i święty Graal" i szczerze mówiąc, głównie do tego się nadaje..

       

      DSCF2478.jpg

       

         Do szczególnie ważnych obiektów Szkocji należą zamki w Stirling, Edynburgu i Inverness. Wszystkie mają podobną strukturę: to kilka mniejszych i większych budynków posadzonych na wzgórzu i otoczonych murem obronnym. 

         Nie umniejszając ich znaczenia historycznego, nie są one dziełem artystów, a raczej solidnych rzemieślników.

       To zamek edynburski. Prawda że wygląda jak koszary?

       

      DSCF2036.jpg 

         Jakby tego było mało, popsuto panoramę przez zbudowanie przy wejściu sali koncertowej dla Mike Oldfielda w 1992 roku. Koncert był niesamowity (Tubular Bells2, mam na płycie), ale zęby mnie rozbolały na widok tych niebieskich krzesełek. Karramba!

       

      DSCF2039.jpg

       Tylko strzelać:

      DSCF2069.jpg

       

      A mogło być lepiej:

       

      DSCF2051.jpg

       (to nie ja).

       

         Z ciekawostek - to psi cmentarzyk. Leżą tu psiska należące do komendantów i żołnierzy stacjonujących w zamku.

       

      DSCF2070.jpg

       

         Zamek w Stirling nie jest dużo bardziej wyrafinowany

       

      DSCF1935.jpg

       

      DSCF1940.jpg

       

      choć tu trochę się jednak starali.

       

      DSCF1949.jpg

       

       Za to zamek w Inverness to już zupełnie współczesna zabawka. Mamy ładniejsze w Ząbkowicach Śląskich.  Najciekawsze były te gryzonie buszujące w trawie u stóp zamku:

       

      DSCF2394.jpg

       

      DSCF2390.jpg

       

      DSCF2391.jpg

       

         Nie chcę znów wyjść na marudę, ale też nie będę zmyślać, że wszystko było takie śliczne. Było, ale nie wszystko. Gdyby nie przyzwoita pogoda, wrażenia byłyby jeszcze słabsze.

       

      Obiecuję, że w następnym wpisie będę tylko chwalić :-).

      CDN

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

      -         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

      -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zachwyca w końcu czy nie, czyli Szkocji cz.4”
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 sierpnia 2016 21:08
  • wtorek, 26 lipca 2016
    • Która ręka jest lewa, czyli Szkocji cz.3

         Pewnie piszę truizmy, bo kto jak kto, ale Polacy przeważnie już w Anglii czy Szkocji byli.

      Ale ilu z nich prowadziło tam samodzielnie samochód?

       

         Ruch lewostronny w oczach wyspiarzy jest naturalny, to reszta świata jeździ głupio. Podobno pochodzi to z czasów, kiedy rycerze zbliżając się do siebie ustawiali się prawym bokiem, wyciągali prawą rękę, zaś miecz, topór czy co tam jeszcze zwieszał się po lewej, aby nie zaczepić nadchodzącego.

         Niby można to sobie wyobrazić, jednak cała logika bierze w łeb, kiedy wsiadamy do samochodu po prawej stronie i mamy jechać lewą stroną drogi.

       

         To jednak nie jest wcale najgorsze. Mniej więcej po dwóch dniach człowiek ma już ten odruch, że dojeżdżając do ronda (a tam ronda są WSZĘDZIE, co kilkaset metrów) od razu skręca w lewo. Trudniej jest włączyć się do ruchu na zwykłym skrzyżowaniu w prawo, ale przecież ten sam szybki manewr musimy wykonywać u nas skręcając w lewo, więc to też daje się zrobić.

       

         Najgorsze jest pilnowanie lewego boku.

         Drogi szkockie są przeważnie bardzo wąskie. Pomijam skrajności, czyli drogi na szerokość naprawdę jednego samochodu, jak tu, gdzie można się minąć tylko na specjalnych mijankach:

       DSCF2576.JPG

       

      DSCF2580.JPG

      DSCF2582.JPG

       

      w związku z czym średnia prędkość jazdy spada do 20-30 km/ha.

       

         Problemem są zwykłe drogi lokalne, przeważnie pozbawione poboczy, za to z murkiem, drzewami czy zaparkowanymi samochodami po lewej.

         Człowiek nawykły w Polsce do pilnowania swojego prawego boku, jadąc lewą stroną też koncentruje się na prawej linii. Skutkuje to szorowaniem gałęziami po lewych drzwiach w najlepszym razie. Poważniejszych uszkodzeń udało nam się uniknąć, ale to za sprawą drugiej osoby siedzącej po lewej stronie i wydającej ostrzegawcze okrzyki.

       

         Przez 7 dni przejechaliśmy ok.800 km i to się daje zrobić, choć psychicznie jest wyczerpujące.

       

          Drugą trudnością zwłaszcza na północy i zachodzie kraju jest język.

         Chociaż gaelickim mówi zaledwie kilka procent narodu, jest on jednak słyszalny i widzialny na szyldach, nazwach miast czy takich oznakowaniach. Tu schody do zamku:

       

       DSCF2397.JPG

       

      Reprezentatywną próbkę niech stanowi ten napis:

      Po angielsku

       

      DSCF2643.JPG

       

      I po gaelicku.

       

      DSCF2644.JPG

      Prawda, że podobne...

       

      Pytanie, kto uparł się, żeby sobie tak utrudniać życie… Bez odpowiedzi.

       

         Miejscowych rozmawiających między sobą, nie da się zrozumieć ani w ząb.

      Jak naszych Kaszubów.

          Można ich natomiast pomylić z Holendrami, bo ich język jest też taki chrapliwy, charczący. Kiedy próbują mówić po ludzku, nie każdemu się to udaje i czasem nawet zespół z 2,5 osób znających biegle angielski nie jest w stanie zrozumieć, o co chodzi.

         Ale generalnie Szkoci się starają, są bardzo uprzejmi, policjanci uśmiechają się do turysty sami z siebie. Na jezdni pełna kultura. Nawet wobec samochodu na szkockich numerach, co dopiero dla cudzoziemca. Nie są głupi, wiedzą jaki to stres dla przyjezdnego. Wymuszanie swoich praw może się bardzo źle skończyć.

         Z tego niestety powodu drogie jest wynajęcie samochodu, w porównaniu z innymi krajami Unii. Najdroższe jest ubezpieczenie – 170,00 funtów za tydzień, ale wtedy kierowca nie musi się martwić o najmniejsze zadrapanie.

         Przyznam, że to dobrze robi na psychikę, zwłaszcza w obliczu tych gałęzi szorujących po lewym boku.

       

       CDN

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 lipca 2016 12:36
  • piątek, 22 lipca 2016
    • Nasi tu byli, czyli Szkocji cz.2

        

         Polscy emigranci, którzy dotarli do Szkocji z ciągu ostatnich 25-stu lat, oczywiście nie byli pierwsi. Od zakończenia II wojny przebywali tam żołnierze walczący m.in. w brygadzie generała Maczka, którzy mieli nosa, żeby po wojnie nie wracać do kraju. Uniknęli śmierci.

       

         18 mil na południe od Edynburga osiedlił się m.in. kapral Jan Tomasik, któremu później poszczęściło się w cywilu na tyle, że stał się posiadaczem pałacu Barony Castle. Urządził w nim miły hotel, w którym zatrudniał swoich kolegów frontowych, w tym samego generała Maczka.

         Z wdzięczności za okazaną Polakom pomoc postanowił zrobić coś dla Szkocji. W 1974 roku po 4 miesiącach dłubania w betonie przy pomocy 2 kolegów kartografów na tyłach pałacu powstała największa na świecie trójwymiarowa makieta państwa. To była wierna mapa Szkocji wykonana w formacie 50x60 m.

      Skala pozioma 1:10 000.

         Ponieważ wbrew naszym wyobrażeniom w tym kraju wzniesienia nie przekraczają  1200 m.n.p.m., to zachowując tę skalę najwyższe punkty miałyby zaledwie 13 cm wysokości, czyli mapa byłaby praktycznie płaska. Twórca projektu pozwolił więc sobie na nagięcie rzeczywistości i przemnożył wysokość razy 5.

       

         Kiedy autor mapy zmarł, ona sama popadła w zapomnienie. Przysypał ją piach i gnijące liście.

       

        Jednak w 2010 roku coś się zaczęło dziać. Powstała grupa Mapa Scotland. Pracę polskich weteranów docenił nawet szkocki parlament. Uruchomiono zbiórkę środków, ruszyły prace remontowe. Dziś tak zwana „THE GREAT POLISH MAP OF SCOTLAND” jest nie tylko wyremontowana i oblana wodą (jak to wyspa), ale i dobrze oznakowana, aby nie można jej było przegapić. Pozostało ją tylko pomalować.

       

      DSCF2171.jpg

       

      DSCF2153.jpg

       

      DSCF2158.jpg

       

      DSCF2160.jpg

       

      DSCF2155.jpg

       

      Nie wiem, co o tym myślicie. Ja tam jestem dumna jak cholera….

      A to hotel Barony Castle, obecnie w sieci Mercury:

       

      DSCF2163.jpg

       

         Drugi polski ślad znaleźliśmy w Edynburgu w ogrodach Princess Street. To okazały pomnik niedźwiedzia Wojtka (Voitek The Soldier), który kupiony przez polskich żołnierzy w 1941 roku w Iranie za konserwy, czekoladę i nóż oficerski, przeszedł z polską armią szlak bojowy aż do Monte Cassino. Wojtek, karmiony mlekiem z butelki po piwie, do tych butelek zachował upodobanie przez resztę życia. A przeżył 22 lata.

         Uwielbiał piwo, słodycze i zapasy z żołnierzami, które - nie wiedzieć czemu - zawsze wygrywał. Spał z żołnierzami w namiocie i jeździł na pace ciężarówką, czym wzbudzał sensację u miejscowych.

       

         Po demobilizacji zapadła smutna decyzja o umieszczeniu kaprala Wojtka w edynburskim ZOO. Weterani odwiedzali go często, przełażąc przez ogrodzenie wbrew krzykom ochrony. Nie udało się jednak sprowadzić go do Polski. Żelazna kurtyna zrobiła swoje. Miś zmarł w 1963 roku, a mieszkańcy miasta postawili mu pomnik.

       

      DSCF2011.jpg

       

      DSCF2010.jpg

       

         Zbieg okoliczności - właśnie  Tadeusz Słobodzianek wystawia w warszawskim Teatrze Dramatycznym sztukę „Niedźwiedź Wojtek”. Trochę się jej boję, jak całego Słobodzianka, ale może się wybiorę.

       

         Innych polskich śladów, typu www.tanipokoj.com  czy sklepów z polską żywnością widzieliśmy też trochę, ale nie sprawiły one, że poczuliśmy się jak w domu. W końcu nie po to tam pojechaliśmy.

       

      PS. Jeszcze jedna uwaga na dziś. Taki "pomnik" wystawili Szkoci swojemu ulubionemu pisarzowi: Sir Walterowi Scottowi.

      No dobra, napisał "Ivanhoe", ale BEZ PRZESADY... :))) 

       

      DSCF2020.jpg

       

      CDN

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      piątek, 22 lipca 2016 16:59
  • wtorek, 19 lipca 2016
    • Szkocja w pigułce cz.1

       

         Jaki jest sposób na udany pobyt w Szkocji?

       

          Wystarczy założyć, że przez cały czas będzie syfiasta pogoda, że będzie mżyć, padać albo lać, do tego urywać głowę, a słońce zobaczymy tylko na pocztówkach, i to z PhotoShopa.

      I że będzie 13 stopni C.

         Wtedy każda godzina bez powyższych atrakcji, i każdy stopień powyżej 13 wyda wam się darem od Boga.

       

         Tak zrobiliśmy i zostaliśmy za to sowicie nagrodzeni.

      Przez 5 dni mieliśmy pogodę zbliżoną do ideału. Wprawdzie upałów nie było, ale kiedy człowiek jest wyposażony w dobrą kurtkę i nieprzemakalne buty, to temperatura 16 czy 18 stopni bez deszczu wydaje mu się całkiem OK. A kiedy jeszcze pokaże się słońce... Można się nawet rozpiąć :))

       

         Padało tylko przez 1,5 dnia, ale z przerwami. I to niemal zawsze wtedy, kiedy pokonywaliśmy kolejny odcinek autem. Nasze sławetne szczęście do pogody znów dało znać o sobie. Inaczej mogło być ciężko, bo tu jak pada, to faktycznie pada...

       

         Jak by tu podsumować pobyt w kraju tak odmiennym od tego, czego oczekiwaliśmy…?

      Co wybrać z 40 stron notatek?

       

         Spokojnie, daruję Wam większość. Jeśli ktoś będzie miał konkretne pytania, chętnie odpowiem.

       

         Zacznę może tak:

         Kobiety szukające partnera, JEDŹCIE DO SZKOCJI!

      Facetów spragnionych miłych zgrabnych dziewczyn jest tam multum. W ciągu zaledwie paru dni spotkaliśmy trzech lub czterech, którzy osobiście, lub ich najbliżsi ożenili się z Polkami. Polkę spotkaliśmy tylko jedną - kelnereczkę w rosyjskiej kawiarni i na kilometr można było poznać, że ona nietutejsza.

      Bo tutejsze…

       

      Więc:

         Mężczyźni szukający partnerek - NIE JEDŹCIE DO SZKOCJI!

         Może i Szkotki są miłe, ale ładne i zgrabne to na pewno nie. O nienachalnej urodzie Brytyjek w ogólności wszyscy słyszeli. Szkotki nie są lepsze. Przeciwnie, do braku urody i gustu dochodzi tusza, która często przybiera tu monstrualne rozmiary. Kiedyś na widok toczącej się wieży z opon ala ludzik Michalina mówiło się: O, Amerykanka!. Teraz miejsce na podium zajęły z pewnością Szkotki.

         Otyłe nastolatki z lubością noszą bardzo krótkie spódniczki, eksponując uda. A Szkotki 30-40 letnie wzwyż to już ból. Nie idą, tylko z wysiłkiem się toczą, aż przykro patrzeć. Oczywiście nie wszystkie, ale dużo ich jest.

       

         Sprawdziłam w sieci, czy przesadzam, ale nie. Szkocja ma taki sam procent osób otyłych co USA, przy czym skrajna otyłość jest tu na porządku dziennym. nie czuje się tu presji żeby być pięknym i szczupłym, jaka panuje w USA. Tam oczywiście część osób tę presję olewa, ale większość jednak walczy. W Szkocji chyba nikt się tym nie przejmuje. Myślę że bardzo szkodzi tu podstawowy składnik żywienia, jakim jest owies.

         Sprawdziłam sobie Indeks glikemiczny tej zachwalanej przez niektórych OWSIANKI. Niestety, ma 60, a to już poziom ziemniaka i lodów. Kto jest taki chudy jak Spacja, może sobie pojadać. Ja nie mogę.

       

         Narodowym daniem jest haggis, czyli owczy żołądek, w którym upycha się owies z siekanymi podrobami. Podaje się to z ziemniaczanym puree i papką z gotowanej marchwi. Wszystkie trzy pozycje łapią się na bardzo wysokie IG.

         Można takie danie zjeść raz dla spróbowania (wbrew opisowi wcale nie jest niesmaczne, haggis przypomina naszą kaszankę), ale codziennie…?

      Oto danie standard.

       

      DSCF2766.jpg 

         Ogólnie kuchnia szkocka bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Oprócz haggisa najczęściej serwuje się „fish and chips”, czyli panierowanego dorsza z frytkami i MAŁĄ SAŁATKĄ. Dorsz jest zawsze bardzo świeży i pachnący, a panierka chrupiąca i pyszna. Uczta dla podniebienia, dramat dla linii.

      Czasem zamiast sałatki jest puree z groszku.

       

      DSCF2233.jpg

       

         Na śniadanie w barach je się głównie bułki zapieczone z serem i szynką, jaja w różnych postaciach albo „kiełbasę”, która czasem ma kształt parówek, a czasem plastra mielonego mięsa, jakby ukrojonego z bloku.

         Na obiad można dostać grilowanego łososia (w panierce lub bez), łupacza w panierce, albo ogromny plaster szynki z warzywami. Do wszystkiego góra frytek.

       

      Jak tu nie tyć?

       

      To na dzisiaj tyle. Poniżej parę migawek z ulicy. Wybrałam te szczupłe (może przyjezdne)...

       

      DSCF2014.jpg

      DSCF2752.jpg

       

      DSCF2095.jpg

       

      DSCF2081.jpg

       

      Lewitujący brat Gandalfa?

       

      DSCF2097.jpg

       

       A to widok na Edynburg z zamku.

       

      DSCF2046.jpg

       

      CDN.

       

      Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

      -         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

      -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

      -         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 lipca 2016 19:23
  • środa, 06 lipca 2016
    • Zgubione owieczki...

      Dnia Środa, 29 Czerwca 2016 09:13 Helena <helenarotwand@wp.pl> napisał(a)

       

       

       

       

         Jedna z naszych koleżanek blogerek złożyła właśnie akt apostazji. Inaczej mówiąc, wypisała się oficjalnie z Kościoła katolickiego. Nie podaję, która. Jak będzie chciała, to się sama ujawni:))

       

         Od lat Kościół traci wiernych. Na msze chodzi 30-40 % osób uznanych za wierzących, choć Kościół deklaruje stan posiadania w okolicach 96%. Od lutego 2016 roku procedura apostazji została znacznie uproszczona. Dlaczego więc nie robi się tego masowo?

         A może robi, tylko Kościół nie chwali się ilością straconych bezpowrotnie owieczek?

      Straconych urzędowo, oficjalnie, a nie tylko leniwych, nie uczestniczących w mszy i sakramentach

         Mówi się o kilkuset osobach rocznie, choć strony udzielające porad i oferujące gotowe formularze dla aktu apostazji, liczą odwiedzających w tysiącach miesięcznie.

       

         Ile osób chciałoby więc to zrobić, ale nie robi, z różnych powodów? Z jakich?

       

         Myślę, że powód najważniejszy to wzgląd na rodzinę i przyjaciół. Jak im wytłumaczyć, że nie możemy być rodzicem chrzestnym dla bliskiego malucha? Że nie chodzimy ze święconką w Wielkanoc? Że nasze dziecko nie pójdzie do Komunii razem z klasą? Co powiemy babci, kiedy będą chować dziadka, a my nie możemy uczestniczyć w katolickim pochówku? Począwszy od tego, że skoro nie wolno nas pochować w poświęconej ziemi, fundujemy rodzinie kłopot już tu, na tym łez padole. Bo nie zawsze w okolicy jest cmentarz komunalny.Itd. Itd.

       

         Drugi powód, bardziej przyziemny, to chyba jakaś asekuracja, w myśl zasady „Panu Bogu świeczkę, a diabłu…? Bo kto to wie, czy naprawdę Boga nie ma? A jeśli jest, to jako osoba praktycznie ekskomunikowana z definicji lądujemy w piekle? Gorąco się robi...

       

         Myślę, że do przemyślenia jest też powód trzeci. Kiedy spadają nam na głowę nieszczęścia (małe czy duże), większość ludzi szuka wsparcia (choćby iluzorycznego) w jakiejś mocy nadprzyrodzonej, żeby nie czuć bezsilności.

         Kiedy człowiek zaciska kciuki i szepcze w duchu: Boże pomóż …, spraw żeby…, ocal to dziecko…, nie czuje takiej całkowitej bezradności, czegoś próbuje się czepić.

         Kiedy wyczerpało się inne środki, kiedy nic już nie można zrobić realnie, chcemy wierzyć, że ktoś te prośby jednak słyszy, że a nuż…

       

         Przed laty stałam w Czarnogórze w długiej kolejce do Monastyru Ostrog, żeby go tylko zwiedzić. Ale większość osób przyszła tam, żeby sobie coś wymodlić. Niektórzy przynosili na plecach osoby bardzo chore, straszliwe zdeformowane, bez kończyn, z twarzą wykrzywioną jak Hawking.

         Stałam i myślałam: co oni tu robią? Przecież od pocałowania szklanej trumny ze szczątkami świętego tym chorym nie odrosną nogi, nie ustąpi SM czy mongolizm. A jednak przyszli, bo mieli poczucie, że COŚ robią. Że nie siedzą bezczynnie w domu.

       

         Nie wiem, ilu z nich robiło to na pokaz dla sąsiadów, dla czystego sumienia, a ilu autentycznie miało nadzieję.

         Wiem, że dla ludzi dotkniętych starością, samotnością, albo chorobą możliwość  takiego pozornego dialogu z Bogiem jest niezbędna. Widzę to po swoich rodzicach, zwłaszcza od wypadku taty. Nigdy nie będę potępiać wiary jako takiej, o ile nie prowadzi do wyzysku, wojny czy innych nieszczęść. To nie wiara każe oddawać emerytom ostatni grosz na tacę, tylko raczej księża. To nie Pan Bóg kazał przepisywać świadectwa udziałowe Stoczni na kościół, tylko Rydzyk. Sama wiara nie jest tu winna.

       

      Ale…

       

         Znów miałam okazję wysłuchać sympatycznej mszy w mazurskiej gminie Pasym. O tym kościele pisałam już kiedyś tu: http://helena-rotwand.bloog.pl/id,349165044,title,Mila-odmiana,index.html

       

      Wszystko było w porządku, 35 minut, zero głupiej indokrynacji.

       

         Tylko Ewangelia i związane z nią kazanie (5 minut) było niestety od czapy. Kościół zdecydowanie powinien zwrócić uwagę na to, co się czyta na mszy. Nie tylko dlatego, że większość zgromadzonych za diabła (pardon!) nie rozumie, o co chodzi. Ci inni którzy rozumieją (nie chwaląc się), łapią się za głowę.

         Oto ten co go Bóg wezwie, a on akurat prowadzi woła i chce się chociaż pożegnać z rodziną, nie trafi do Królestwa Niebieskiego (!?) Upraszczam. Chodzi o to, że jeśli Bóg skinie na ciebie palcem i każe podążać za sobą, to ty masz nie zadawać głupich pytań, NIE OGLĄDAĆ SIĘ ZA SIEBIE, tylko ślepo posłusznie ruszyć w drogę.

         Ja wymiękam.

       

         A gdzie czwarte przykazanie „Czcij Ojca swego i Matkę swoją…”?

         A gdzie zadbanie o to, żeby bliskim nie stała się krzywda? Wręcz przeciwnie: wg tego czytania wezwany zabił jeszcze woła, na drewnianym jarzmie go upiekł i dupa w troki! Pooooszedł!

         Pozbawił więc rodzinę woła, narzędzia pracy i do tego nawet się nie pożegnał!

         Panie, ty widzisz i nie grzmisz???

       

         Jeśli Kościół nie zrozumie, że czytanie archaicznych, niezrozumiałych i nudnych tekstów nie przystaje do dzisiejszego świata, pewnie coraz więcej osób wypisze się z tej instytucji. Nawet jeśli nieformalnie. Wkrótce zapewne kościoły zaczną świecić pustkami, bo jeśli się knebluje takich ciekawych księży jak Lemański czy Boniecki, to po co tam chodzić? Przespać się albo pomedytować wygodniej w domu.

       

          Przynajmniej buty nie piją.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      helenarotwand
      Czas publikacji:
      środa, 06 lipca 2016 14:22

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

milan interStatystyki zbiorcze na stronę